Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna www.timberships.fora.pl
Forum autorskie plus dyskusyjne na temat konstrukcji, wyposażenia oraz historii statków i okrętów drewnianych
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Literatura piękna a historia epoki żagla
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 19, 20, 21
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Pytania, odpowiedzi, polemiki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Sob 9:49, 14 Paź 2017    Temat postu:

Brander Spitfire jest w ciekawy sposób mieszanką żaglowca prawdziwego i świadomie fikcyjnego, ale odniesienia do całkiem historycznych okrętów, których był okrętem bliźniaczym, nie grzeszą ścisłością. Ci, którzy pamiętają moje wyjaśnienie pochodzenia trójmasztowego slupa wojennego Cormorant z pierwszej powieści cyklu o Delanceyu, zorientują się, że znowu mowa o tym samym pierwowzorze linii kadłuba, czyli francuskiej jednostce zdobytej przez Brytyjczyków. Jednak nie jest prawdą, że była to "francuska korweta Amazone", chociaż historyk Parkinson najwyraźniej wierzył w tę niedokładnie do dzisiaj powtarzaną w Anglii historię. Kiedy okręt zdobywano w 1745 r., był dla Francuzów małą fregatą i nosił nazwę Panthère. Dopiero Anglicy po wcieleniu go do swojej marynarki zmienili nazwę na Amazon. Gdy prawie pół wieku później Brytyjczycy zdecydowali się wykorzystać linie tego żaglowca do budowy rozmaitych jednostek, naturalny postęp w budownictwie okrętowym spowodował, że takie maleństwa nie mogły być już klasyfikowane jako fregaty. Stały się przede wszystkim 16/18-działowymi slupami trójmasztowymi, które Francuzi już wtedy - a Anglicy dużo później - nazwaliby korwetami. Czyli gdzieś dzwoniło, ale niezupełnie w tym kościele.
Siedemdziesiąt lat po tym, gdy w Wielkiej Brytanii ostatecznie zaniechano budowania branderów, ponieważ w nowoczesnych bitwach straciły swoją dawną użyteczność, Royal Navy znalazła się w wyjątkowo dramatycznej sytuacji - już walczyła z kolonistami amerykańskimi, a do wojny przeciwko niej włączyły się floty Francji, Hiszpanii i Holandii. W sumie przeciwnicy przeważali liczebnie i w tak niekorzystnych warunkach wielu uznało, że brandery mogłyby przechylić szalę na korzyść słabszego. Budowano je więc od 1778 r. (wywołując analogiczne przeciwdziałanie we Francji i Holandii). Kadm. Gambier chciał w 1778 r. improwizowanymi branderami wyrównać szanse wobec zbliżającej się do Nowego Jorku dużo silniejszej floty francuskiej. Komandor (wkrótce kontradmirał) Kempenfelt uważał, że branderami można będzie rozerwać francuskie linie bojowe. Adm. Howe poświęcił w swoich instrukcjach bojowych wiele miejsca organizacji ataku branderami i potrzebnego im wsparcia. Ostatecznie zdecydowano się zwodować serię całkiem nowych branderów, liczącą pierwotnie 9 jednostek (pierwszy zamówiono pod koniec 1779, następne do 1782), podczas wojen napoleońskich wcielono od 1806 roku jeszcze sześć. Ponownie sięgnięto do wysłużonych planów Panthère/Amazon, by powstały typ nazwać od pierwszego zamówionego brandera Tisiphone (był wśród nich nawet okręt o nazwie Spitfire!). Służyły przede wszystkim jako zwykłe slupy (trójmasztowe) 14- i 16-działowe. Jednak nieprawdą jest, że było ich w 1797 r. czternaście sztuk - jeden zużyto w Tulonie w 1793 r., więc Parkinson może odjął go od tych piętnastu (9 + 6) , ale biedactwo nie zauważył, że na partię ostatnich sześciu należało jeszcze poczekać blisko dekadę. Jeżeli z kolei miał na myśli wszystkie brytyjskie brandery w 1797 r., to i tak nie było ich 14, tylko więcej, no i nieprawdą jest, że wszystkie, które były, należały do typu Tisiphone (w pokręconym przez autora i gromadę innych brytyjskich historyków wydaniu - "kopie francuskiej korwety Amazone"). Ich rzekomo projektowany udział w oblężeniu [przez Hiszpanów i Francuzów] Gibraltaru [w latach 1779-1783] nie miał nic wspólnego z koncepcjami Gambiera, Kempenfelta, Howe'a. Parkinson, który na str. 131 na szczęście dodaje "zdaje się", na str. 133 już rozwija tę teorię wzdłuż i wszerz bez żadnego zastrzeżenia. Na str. 131 występuje ponadto opis samego okrętu Spitfire, będący mieszanką informacji prawdziwych i absurdalnych. Rzeczywiście zwodowano go w Ipswich w 1782 r., miał - jak wszystkie inne tego typu - takielunek rejowy, jednak te faktyczne 422 tony to oczywiście tonaż konstrukcyjny a nie żadna wyporność! Nie wiem kto odpowiada za koszmarny wygłup o długości wynoszącej jakoby 180 stóp i 10 cali (autor? Tłumaczka? Śpiący mocno przy całej książce korektorzy? Specjalista od terminów morskich?), dzięki której brander byłby dłuższy od większości trójpokładowców 90/98-działowych. Można powiedzieć, że to "tylko" czeski błąd - prawdziwa wartość wynosiła 108 stóp 10 cali - ale za co wzięli pieniądze korektorzy?! Spitfire w roli slupa miał rzeczywiście 14 karonad 18-funtowych, ale jeszcze 2 działa 6-funtowe, które Parkinson przeoczył. Najwyraźniej słabo też rozumiał dualizm eksploatacji tych jednostek, skoro napisał w jednym zdaniu (z ową artylerią) o 55 członkach załogi. Tymczasem fakty wyglądały całkiem inaczej. W 1783 r. skończyła się wojna amerykańska, następne zaczęły się dopiero dekadę później. Na co dzień marynarka brytyjska potrzebowała nieskończone wiele slupów, a żadnego brandera. Jednostki typu Tisiphone od samego początku zaprojektowano jako mogące służyć w jednym i drugim charakterze. Będąc slupami niosły wyżej wspomniane uzbrojenie i miały załogę złożoną z aż 121 ludzi. Gdyby chciano owe okręty użyć jako brandery, załoga winna była zostać zredukowana właśnie do tych 55 ludzi, ale uzbrojenie także - do 8 dział 12-funtowych. Mieszanka Parkinsona (działa ze slupa, ludzie z brandera) to fałsz i rozwijanie go na str.122 w postaci całkiem chybionych rozważań o szansach w starciu z korwetą, rzekomo niedostatecznej obsłudze dział itd., wynikają wyłącznie z ignorancji. Wspomniane przez urzędnika admiralicji (czyli faktycznie przez autora) ścisłe pokrewieństwo ze "slupem Hazard z dwudziestoma czterema działami" wymaga wyjaśnień. Oficjalnie slupy nie mogły mieć więcej niż 18 dział i ten nie był wyjątkiem. Chodziło o zwodowany w 1794 r. okręt typu Cormorant, czyli - z uwagi na pochodzenie od wspólnego pierwowzoru - istotnie żaglowiec bardzo podobny, chociaż do "bliźniactwa" (zwłaszcza w wyglądzie partii nadwodnej) sporo mu brakowało. Pierwotnie faktycznie wyposażony w 16 dział, po przezbrojeniu otrzymał same karonady (16 na pokładzie głównym, 6 na rufowym, 2 na dziobowym), które po zsumowaniu dawały liczbę 24, lecz z uwagi na ówczesne metody klasyfikacji (liczenie do niej tylko dział długich), powinien być nazywany okrętem bez uzbrojenia! Oczywiście tak nie zrobiono i w oficjalnej klasyfikacji był slupem 18-działowym.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Nie 8:37, 15 Paź 2017    Temat postu:

Ponieważ Spitfire to do pewnego stopnia żaglowiec historyczny, może być ciekawe, kto nim w 1797 r. naprawdę dowodził, gdyż warto przebadać, czy mógł stanowić inspirację dla postaci Delanceya. W latach 1796-1800 kapitanem jednostki był "nawigator i dowódca" James Seymour. Niestety, rzut oka na jego losy, przedstawiane już przeze mnie na forum, całkowicie taki związek wyklucza.
Rozważania o zastosowaniu okrętu Spitfire i jednostek tego samego typu, kontynuowane od str.133, są i w tej części kompletnie chybione. Były to świetne slupy, prawie tak samo dobre jak okręty typu Cormorant, duże i silnie uzbrojone, więc każdy z nich nie tylko nie "mógł przygarnąć jakiegoś porucznika, który okazał się niewygodny", lecz wręcz przeciwnie - uznawano je za zbyt wielkie i dobre dla najlepszego nawet porucznika i w normalnej sytuacji powierzano wyłącznie kapitanom w stopniu "nawigatora i dowódcy". Porucznik mógłby skakać z radości, gdyby mu się trafiła taka komenda. Klasyfikacja "brander" niczego w codziennej służbie nie zmieniała, gdyż były to faktyczne slupy trójmasztowe, a jedynie przewidywano, że może, kiedyś, w przyszłości, ewentualnie, jak nadarzy się wyjątkowa okazja...
Na tej samej stronie dowiadujemy się, że Parkinson nie pamięta kolejności dowodzenia okrętami przez postać, którą sam wymyślił, ale to drobiazg - skleroza zaczyna delikatnie skubać wszystkich podobno już przed trzydziestką.
Gorzej, że wraca do sprawy awansów pierwszych oficerów z bitwy pod Camperdown i znowu współpraca tłumaczki ze specjalistą od terminów morskich dała fatalny efekt. Czytamy, jak to rzekomo "czternastu jego rówieśników dostało awans, a jeden otrzymał nawet stanowisko na okręcie, ale nie wszyscy dostali od razu możność bezpośredniego objęcia dowództwa". W sumie cała seria nonsensów. 1) Nie chodziło o żadnych rówieśników, tylko osoby zajmujące w danym momencie te same stanowiska, czyli pierwszych oficerów na okrętach włączonych do linii bojowej w tej bitwie; porucznikami bywali ludzie przed dwudziestką i tacy, którzy przekroczyli 60 lat, więc o jakichkolwiek rówieśnikach nie było w ogóle mowy. 2) Ten jeden nie otrzymał "stanowiska na okręcie", tylko błyskawicznie przeszedł przez stopień "nawigatora i dowódcy" do stopnia captain - w naszej terminologii komandora. 3) Żaden awans nigdy i nikomu nie zapewniał w Royal Navy "bezpośredniego objęcia dowództwa", po prostu reszta zatrzymała się (na razie!) na randze "nawigator i dowódca". Różnica była jednak wielka, ponieważ nawet nie zatrudniony komandor przesuwał się powoli w górę listy komandorów, wyłącznie zgodnie ze starszeństwem, i jeśli pożył wystarczająco długo, nieomal musiał zostać kontradmirałem. Tymczasem "nawigator i dowódca", tylko o kroczek niżej, mógł nie awansować już nigdy w życiu, chociaż zdarzało się to niezwykle rzadko. W każdym razie prawdopodobieństwo awansu na komandora dobrze ustosunkowanego i dobrze ulokowanego (na flagowcu) porucznika, było większe niż żeglującego gdzieś po zapyziałych akwenach albo wręcz siedzącego na lądzie w oczekiwaniu na stosowny okręt, starszego od niego rangą "nawigatora i dowódcy".
Na str.134 mamy wzmiankę o pewnym sporze między kapitanami. Założę się, że żadnego z czytelników absolutnie nic nie obchodzi jego historyczność, ale ponieważ jest w nim mowa o tajemniczych szlifach (rodzaju żeńskiego - jako szlifa), warto się jednak nad tym na moment zatrzymać. Komandor Jennings nie uczestniczył w marcu 1795 w bitwie pod Genuą, podobnie jak w skład walczącej tam floty wiceadm. Hothama nie wchodziła brytyjska fregata Minerva. Lecz zarówno on, jak rzekomy kapitan Ridley to postaci z krainy fantazji, więc nic w tym dziwnego. Natomiast stwierdzenie, że jeden był od drugiego "starszy rangą o co najmniej rok" jest drobną niezręcznością tłumaczenia. Rang nie mierzono w latach. Po prostu oficerowie o IDENTYCZNEJ randze znajdowali się w hierarchii służbowej na poziomie wyznaczonym stażem W DANEJ RANDZE. Komandor służący dłużej w tym stopniu od innego komandora, automatycznie obejmował nad nim dowództwo. Właśnie dla oficerów tej rangi wprowadzono (najpóźniej już w 1748 r.) rozróżnienie w mundurze (i żołdzie!) na tych, których staż był krótszy niż trzy lata oraz bardziej doświadczonych. Captain ze stażem poniżej trzech lat był stawiany na równi z podpułkownikiem armii, zaś captain z dłuższym stażem odpowiadał pułkownikowi w armii lądowej. Owa "szlifa" - jedna albo dwie - to nie naszywka w postaci galonu na mankiecie, otoku na czapce itp., tylko w tym przypadku konkretnie złoty epolet. W latach 1795-1812 komandorzy ze stażem w tym stopniu minimum trzy lata nosili dwa epolety (rzecz jasna po jednym na ramieniu); komandorzy ze stażem poniżej trzech lat mieli jeden epolet, tylko na prawym ramieniu; natomiast oficerowie w stopniu commander (skrócony "nawigator i dowódca") przyszywali sobie jeden epolet do lewego ramienia munduru.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Pon 7:00, 16 Paź 2017    Temat postu:

Na str. 138 porucznik Delancey wraca do dręczącego go problemu awansu, a przez to biedna ekipa tłumacząca znów musi dotknąć kwestii różnicy między dowódcą w randze captain oraz dowódcą w randze master and commander i - jak łatwo zgadnąć - ponownie wraca na tarczy. "Dostał awans? - spytał Delancey z nadzieją w głosie. Tak sądzę. Uprzednio miał tylko tytuł mastra i kapitana, ale bez stanowiska". Same głupstwa! Ów oficer, Smith Callis, nie miał żadnego tytułu, tylko stopień "nawigatora i dowódcy". Jak najbardziej MIAŁ stanowisko, przecież właśnie zajmował stanowisko dowódcy brandera Duke. Awansował do rangi captain, co oznaczało wyższy STOPIEŃ, a nie żadne stanowisko - mógł je dostać (i z reguły dostawał, jak tu faktycznie), ale teoretycznie wcale nie musiał. Callis spalił hiszpańskie galery 14.06.1742, zaś stanowisko dowódcy 50-działowca Assistance otrzymał 9.08.1742.
Na kolejnych stronach Parkinson dalej peroruje o branderach, jakby w ich istnieniu pod koniec XVIII w. tkwiła jakaś niesamowita tajemnica. Delancey "nie rozumiał i nigdy nie miał zrozumieć dlaczego ten rodzaj okrętów, użyty po raz ostatni w roku 1742, był ciągle budowany w 1781 roku i utrzymywany w gotowości bojowej w roku 1797" (str. 139). Widać i on, i jego nauczyciel w tym względzie - bibliotekarz John Bruce - byli jednak znacznie mniej oczytani niż sugeruje autor. A prawdopodobnie i ten ostatni zbytnio się do tematu nie przyłożył, skoro nikt z nich nie wie o żądaniach, sugestiach i taktyce Gambiera, Kempenfelta, Howe'a z wojny amerykańskiej, nikt nie wie o działaniu na co dzień tych okrętów, w charakterze bardzo potrzebnych slupów, o innym uzbrojeniu podczas potencjalnego ataku w roli brandera, innej załodze. To raczej rzeczywista ignorancja, a nie zabieg literacki, chociaż mogę się mylić.

Mroźny ranek nie może być ciepły, więc zestaw słów "w zimny i mroźny ranek" (str.146) nie ma sensu - podejrzewam, że chodziło o "zimowy, mroźny ranek".
Parkinson dobrze opisuje cechy brandera już przystosowanego do akcji podpalania nieprzyjacielskich okrętów (str.148/149), ale najwyraźniej nic nie wie o tym, że póki taki okręt działał jako slup wojenny (trójmasztowy), daleko mu było do tego wyspecjalizowania.
Przeróbka haków abordażowych na HARPUNY (str.149) to koszmar.
Na str.155 i 171 znowu ten nieszczęsny łańcuch kotwiczny zamiast liny kotwicznej, ale skoro tłumaczka (i może też specjalista od terminów morskich) nie wiedzieli tego wcześniej, trudno by ich nagle oświeciło.
Maleńka ekspedycja trzech fregat i korwety komodora Savary oraz desantowanie 1150 żołnierzy generała Humberta w zatoce Killala 22.08.1798 opisane są przez Parkinsona zgodnie z historią (oczywiście z wykluczeniem wątków o zamykaniu rodziny biskupa w spiżarni itp.), natomiast rzekomo należący do niej i rzekomo opóźniony 74-działowiec Hercule został przez autora całkowicie zmyślony, aby jego fikcyjny bohater mógł odnieść sukces.
W wyposażeniu brandera Spitfire trochę dziwi ta "pięciowiosłowa szalupa" ze str.193 - nigdy nie widziałem łodzi okrętowej, która miałaby na jednej burcie inną liczbę wioseł niż na drugiej.
Na str. 203 kolejny błąd terminologiczny. Nie było żadnej "rei spankera" na francuskim okręcie. Spanker to angielska nazwa dużej odmiany żagla gaflowego, rozpiętego między gaflem i bomem. Ponieważ idiotyczna reja spankera pojawia się znów na str.206, Parkinsonowi musiało chodzić o coś realnego, ale nie znając tekstu angielskiego nie mogę zgadnąć - o co.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Wto 7:40, 17 Paź 2017    Temat postu:

Trzecia książka z trylogii o Delanceyu to "Wyścig z czasem". Mamy trzeciego tłumacza i całkowicie damski zespół redakcyjno-korygujący (w sumie trzy panie). Ktoś z nich, albo wszyscy razem zdecydowali, żeby nazwy okrętów podawać tłumaczone na język polski. Ponieważ wiele jednostek nazywano od miejscowości lub postaci historycznych do dzisiaj nie mających żadnych wersji spolszczonych, otrzymujemy nieznośny miszmasz, kiedy np. rzeczywisty okręt Culloden występuje obok Szerszenia, zamiast obok prawdziwego żaglowca Hornet. Trudno o bardziej fatalny pomysł. Wali nas obuchem prosto między oczy od razu na str. 9, gdy brander Spitfire z poprzedniego tomu, tu pojawia się, zapewne dla niepoznaki, jako Ognisty. Dalej Parkinson wraca do tej mocno nieprecyzyjnie przedstawianej przez większość angielskich autorów historii o wzorowaniu 18-działowego slupa (Merlin) na "francuskiej korwecie Amazon" - dwa błędy w trzech słowach to bliskie rekordu - lecz rzecz już wyjaśniłem.
Nie było wcale w zwyczaju, aby zaraz po awansie każdy nowy "nawigator i dowódca" dostawał akurat "najstarszy" slup w Royal Navy (str. 9/10), chociaż jeśli nie miał protekcji, nie mógł liczyć na najlepszy. Zabawne jednak, że autor, chcąc tchnąć historycznego ducha do powieści, sam się nieco zapętlił. W 1799 r. kadm. Fothergill wspomina, jak to pierwszym okrętem, którym dowodził w stopniu "nawigatora i dowódcy", był bardzo już stary slup zwodowany w 1767 r. Załóżmy nawet, że Fothergill, będący na początku 1799 roku kontradmirałem, dostał awans na najmłodszego oficera flagowego najpóźniej jak się dało. W tym przypadku oznaczało to 20.02.1797 r. Załóżmy też, że jego staż w randze "nawigatora i dowódcy" trwał nadzwyczaj krótko i od razu potem został komandorem. Wiemy z historii, że żaden z kontradmirałów promowanych 20.02.1797 nie dostał stopnia komandora później niż w 1779 r. Gdyby wszystko skomasować jak wspomniałem, i tak wyjdzie na to, że nie ma szans, aby ów niby prastary i "gotowy zatonąć za lada kichnięciem" slup, nad którym oficer ten objął swoje pierwsze dowództwo, był starszy niż 12 lat! Prawdziwy slup/brander Sptifire służył AKTYWNIE 33 lata, a stał w rezerwie następnych dziesięć. Parkinson wykazał, nie po raz pierwszy, brak cierpliwości do jakże żmudnych i skomplikowanych działań matematycznych - dodawania i odejmowania.
Na str.10 Delancey relacjonuje poddanie się gen. Humberta pod Ballinamuck i pada uwaga, że "irlandzkie miejscowości mają często niestosowne nazwy". Nikt nie podjął decyzji, by dać tu przypis, a przez to czytelnik nie znający angielskiego nie rozumie, na czym właściwie polega dowcip. Tymczasem abstrahując od właściwego, irlandzkiego znaczenia (jeśli ono istnieje), to słowo można odczytać po angielsku jako "Ball-in-a-muck", czyli "kula w gnoju".
Na str.15 określa się pozycję młodego członka załogi jako "wolontariusz marynarski (pierwszej klasy)". To określenie - częściej występujące w tłumaczeniu "ochotnik pierwszej klasy" - wymaga wyjaśnienia. Ochotniczo można był służyć na okręcie wojennym w stopniu chłopca okrętowego czy marynarza, starszego marynarza, oficera, lecz tu chodziło o specjalną kategorię "ochotników". Przez wieki typowa droga do zostania oficerem w Royal Navy polegała na zaangażowaniu bardzo młodego człowieka przez kapitana okrętu, w rzekomej roli służącego tegoż kapitana. Ci chłopcy wchodzili w skład załogi, więc byli żywieni i kwaterowani na koszt państwa. Ich podstawowe obowiązki polegały na towarzyszeniu oficerom, wykonywaniu ich rozkazów i uczeniu się zawodu. Byli „młodymi dżentelmenami”, mającymi w przyszłości otrzymać patenty oficerskie, a nie stopnie i funkcje marynarskie. System dawał wielkie udogodnienia dla kapitanów, ponieważ angażowali tylko tych, których chcieli - synów swoich znajomych; synów osób, które mogły się odwdzięczyć w takiej czy innej formie; własnych synów, i to często stadami (kapitan 74-działowca miał prawo do 24 służących!!!). Pozwalał na tworzenie potężnych koterii na zasadzie "ja tobie, a za to ty mnie". Prawie eliminował z zawodu osoby, które z tego zamkniętego kręgu nie pochodziły. Aby przełamać ów monopol i równocześnie podnieść poziom kształcenia przyszłych kadr, admiralicja - ku wściekłości kapitanów, którzy tę wściekłość wyrażali w rozmaitej formie, np. w postaci świadomie fałszowanych, negatywnych opinii, bezmyślnie do dzisiaj powtarzanych przez niektórych autorów - zakazała takich praktyk i stworzyła pojęcie "ochotnika pierwszej klasy". Inną nazwą oficjalną było "Chłopiec Pierwszej Klasy albo Ochotnik", ponieważ odnosiło się do podziału wszystkich chłopców okrętowych na trzy klasy, z których tylko ta pierwsza była zarezerwowana dla "młodych dżentelmenów" mających w przyszłości zostać oficerami. Innowacja ta nie przyniosła nadmiernej poprawy wobec obstrukcji kapitanów, którzy na nowych "ochotników" nadal przyjmowali znajomków.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Śro 8:00, 18 Paź 2017    Temat postu:

Str.17 przynosi nam tradycyjną, w Polsce niemal "uświęconą" brednię o "wyporności" 425 ton tam, gdzie mowa o indywidualnym tonażu konstrukcyjnym. Pokład dziobowy (o który naprawdę chodziło na opisywanym slupie) nie był dziobówką. Ale uzbrojenie podsumowane jest nieźle (jeśli ktoś wie, że te "krótkie działa 12-funtowe" to karonady) i wreszcie dobrze podano długość pokładu działowego (niepotrzebnie tylko dając liczbę mnogą - taki slup miał JEDEN pokład tego wymiaru) jako nieco ponad 36 jardów (= nieco ponad 108 stóp).
Str.21. Niestety i ten tłumacz okazuje się niewolnikiem słowników - koniecznie musi być łańcuch kotwiczny w epoce, w której używano tylko lin kotwicznych, bo "tako rzecze słownik". W przypadku podnoszenia kotwicy marynarze mieli w rzeczywistości do czynienia z ciężką talią kotwiczną, opuszczaną i podnoszoną z kotbelki (angielskie cathead). Ta talia to po angielsku cat. Na nieszczęście to samo słowo oznacza też ket, czyli rodzaj małego żaglowca, dzisiaj jachtu jednomasztowego. Tłumacz rzucał monetą, które znaczenie wybrać i pechowo wypadło, że u niego przy podnoszeniu kotwicy "zahacza się ket" i "zabiera się ket" (str.22), czyli żaglówkę. Młody David Stock wspina się za karę "na top masztu" (str.26/27), zatem i tu mamy ulubione w naszych tłumaczeniach nieodróżnianie słów mast head = polski "top masztu", od top = polski "mars".
Wśród przygotowań slupa do boju (str.31) spotykamy takie dziwactwa jak "zbrojenie dział", takie głupstwa jak "marynarze ruszający na pomosty bojowe" (gdy nic takiego nie istniało, a autor pisał o marsach), ale najlepsza jest "należąca do midszipmenów koja, zamieniona w prowizoryczny szpital". Czyli wszyscy midszypmeni na okręcie spali w jednym łóżku, a to łóżko miało takie gigantyczne rozmiary, że można było zrobić z niego szpital!
Czasem wręcz nie sposób pojąć konwencji, wg której część okrętów ma nazwy oryginalne, a część tłumaczone na polski. Francuskie korwety ze stron 35-37, 39 to Malouine oraz Mouche, a nie Z Saint-Malo i Mucha, jednak brytyjska fregata to Czajka (str.39-41), zamiast Lapwing.
Na str.39 mamy smutne efekty wodzenia palcem za słownikiem, bez wiedzy o opisywanych czasach. Wpisanie polskiego "komandora porucznika" do epoki, w której Polska nie miała ŻADNYCH komandorów, a Anglicy WYŁĄCZNIE jeden stopień odpowiadający dzisiejszemu naszemu komandorowi, czyli captain, już jest niepotrzebne, ale do tego dochodzi pomylenie poziomów. Nasz współczesny komandor porucznik stawiany jest na równi z brytyjskim commander, a ten stopień ("dowódcy") nosił w powieści Delancey, gdy oficer - o którym mowa - był pełnym komandorem (captain). Być może Parkinson zawarł w oryginalnym tekście jakąś uwagę dodatkową, tłumaczącą, że Doyle nie miał jeszcze trzech lat stażu w tym stopniu (a Brytyjczycy dzielili wtedy swoich komandorów - jak wspominałem - na takich poniżej trzech lat i tych od trzech lat w górę) i stąd dezorientacja tłumacza. Niczym już jednak nie można usprawiedliwić pomysłu wysyłania całego konwoju na wschód (do Egiptu) "z dostawami dla naszego szwadronu"!!! Czyli po Egipcie szwenda się jeden brytyjski szwadron jazdy tak potwornie żarłoczny, że dla jego zaopatrzenia trzeba całego konwoju! Znowu słowo squadron oznacza zarówno "eskadrę" jak "szwadron" i ponownie rzut monetą wskazał nie to, co trzeba.
Talrep to ściągacz linowy do mocowania i napinania wanty za pomocą pary jufersów, z których dolny mocowano w tamtych czasach do ławy wantowej na zewnątrz burty. Po jakiego czorta "wszyscy dowódcy dział" mieliby przed walką "chwycić za talrepy"?! (str.49) Na szczęście? Ci z głównego pokładu musieliby po to wyleźć przez furty na zewnątrz! Oczywiście to kolejny babol tłumaczenia - "talrep" brzmi "morsko", a kogo tam interesuje, za co naprawdę chwytali dowódcy dział. Lecz w istocie rzeczy znowu chodzi o to samo, czyli losowy wybór z kilku opcji albo bezrefleksyjne zawierzenie dzisiejszemu słownikowi. Angielski lanyard tłumaczony jest obecnie w zasadzie tylko na "talrep", ale w XVIII i XIX w. dokładnie to samo słowo opisywało "sznur zapałowy" zamka działowego. Dowódcy dział chwycili oczywiście za sznury zapałowe, a nie za talrepy!!!
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Czw 7:47, 19 Paź 2017    Temat postu:

Dziwna informacja historyczna pojawia się na str. 89, odpowiedzialność za którą ponosi raczej sam Parkinson. W lutym 1800 r. eskadra kadm. Perrée próbowała dowieźć posiłki dla francuskiego garnizonu na Malcie. Fakt jest niezbity, wielokrotnie przeze mnie przywoływany przy okazji losów ludzi i okrętów. Jednak autor (?), który sam już wcześniej opowiedział, jak władzę we Francji przejął Napoleon Bonaparte i potwierdza to na str. 89 wspominając o Pierwszym Konsulu, jednym tchem pisze o "rozkazach dyrektoriatu". Tymczasem Dyrektoriat rządził do zamachu stanu generała Bonaparte 9.11.1799 i przestał rządzić tego właśnie dnia. Następny okres w historii Francji, do ogłoszenia się tegoż generała cesarzem, nosi nazwę Konsulatu. Nie wiem skąd taka żenująca pomyłka w książce.
Parkinson miał natomiast prawo w literaturze pięknej zastosować uproszczenia względem rejsu eskadry kadm. Perrée, nazywanej przez niego konwojem maltańskim. Sądząc jednak po tym, że już na str.78 Delancey "sprytnie" ustala datę przyszłego wyjścia Francuzów z Tulonu na początek lutego (odrzucając koniec stycznia), autor chyba faktycznie wierzył, że wypłynięcie siódmego lutego obyło się "zgodnie z planem". Tymczasem zespół kadm. Perrée wyszedł najpierw 26.01.1800, ale na skutek awarii takielunku okrętu flagowego musiał zawrócić i wyruszył ponownie 6.02.1800.
Str. 90-107 przynoszą kolejną drażniącą mieszankę okrętowych nazw oryginalnych i przetłumaczonych na język polski bez żadnego klucza logicznego. Sądziłem już, że tłumacz formułując po polsku wypowiedzi Brytyjczyków założył sobie przerabianie wszystkich dających się przetłumaczyć nazw angielskich, te z innych języków pozostawił w brzmieniu pierwotnym. Stąd wcześniejsze spotkanie Merlina i Czajki z żaglowcami francuskimi Malouine i Mouche. Jednak tutaj, choć występują brytyjskie Królowa Charlotta i Śmiały oraz francuskie Ville-de-Marseilles czy Vestale, to nagle okręt flagowy kadm. Decrèsa okazuje się nosić nazwę Wilhelm Tell zamiast Guillaume Tell. Neapolitańska fregata Sirena nie zachowuje swojej nazwy, tylko staje się Syreną. Gdzie tu logika? Na dodatek nazwa Piorun dla okrętu naprawdę nazywającego się Foudroyant jest po prostu nieumiejętnie przetłumaczona, bowiem faktycznie znaczy Piorunujący, a to coś zupełnie innego. Francuskie okręty są częściowo historyczne (Ville de Marseilles, Généreux), częściowo zmyślone (Vestale, Corbiere). Jakim jednak cudem 74-działowiec Généreux zmienia się w polskim tekście na str.93 w korwetę (sic!), chyba nikt na świecie nie jest w stanie wytłumaczyć.
Nie wiem kto odpowiada za generalnie nonsensowny opis ostatniego starcia tego okrętu pod francuską banderą (str.93): "Jednak ZANIM DOSZŁO do pościgu, Généreux i Sukces starły się ze sobą i angielska fregata WYPALIŁA kilka skutecznych salw burtowych, a podczas tej wymiany ognia kontradmirał Perrée został śmiertelnie ranny. Po tym nieszczęśliwym wypadku francuska załoga widać podupadła na duchu, bo kiedy Anglicy WYPRZEDZILI KORWETĘ, wystrzelono na niej pojedynczą salwę i ŚCIĄGNIĘTO banderę." Znowu brednia goni brednię. Pościg eskadry Nelsona za zespołem francuskim zaczął się o świcie 18.02.1800. Około 8 rano wydzielony 74-działowiec brytyjski Alexander zdobył transportowiec Ville de Marseille. O godz. 13.30 trzy lekkie jednostki wojenne Francuzów (fregata i dwie korwety albo trzy korwety - w zależności od tego, jak klasyfikować największą) zrobiły zwrot przez sztag, aby uciec (co się udało). Taki sam zwrot 74-działowca przybliżyłby go bardzo do liniowca Alexander, więc francuski okręt flagowy zrobił zwrot przez rufę. Aby opóźnić jego ucieczkę (pościg TRWAŁ od świtu) usytuowana po zawietrznej brytyjska fregata 32-działowa Successs ustawiła się przed dziobem wroga i OSTRZELIWAŁA go ogniem amfiladowym. Jej 12-funtowe kulki nie mogły wiele zdziałać przeciwko burtom liniowca i w końcu sama została srodze poturbowana przez jego salwę burtową, ale kadm. Perrée, dwukrotnie ugodzony pociskami, odniósł śmiertelną ranę, a około godz. 16.30 DOŚCIGNĘŁY francuza liniowce Foudroyant (z Nelsonem na pokładzie) oraz Northumberland. Dopiero w obliczu 80-działowca i 74-działowca francuski komandor wystrzelił jedną dodatkową salwę burtową i OPUŚCIŁ banderę.
Na tej samej stronie popisy (nie pierwsze!) dała korekta: "za dwoma zbiegłymi korwetami", kiedy "korweta" jest rodzaju żeńskiego, więc winno być "za dwiema zbiegłymi korwetami".
Kmdr Manley Dixon z 64-działowca Lion nie mógł przyjmować Delanceya w kabinie DZIOBOWEJ (str. 95), ponieważ wszystkie kwatery oficerów, a tym bardziej dowódcy okrętu, znajdowały się zawsze na rufie.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Pią 8:16, 20 Paź 2017    Temat postu:

Na str.100/101 Parkinson się popisuje znajomością tak wielu terminów technicznych z epoki żagla, że zrobienie przy tłumaczeniu tylko kilku baboli jest osiągnięciem. Nie było obok działa "skrzynki z prochem". Nie istniało coś takiego jak "pobijak" (tylko pobojczyk, czyli stempel) ani "stępor", ponieważ zarówno pobijak jak stępor to tłuczek do rozbijania, mielenia ziaren i obsługa działa czymś takim się nie posługiwała.
Na str.105, 109, 110 i wielu następnych Delancey przechadza się "po rufówce", czyli po czymś, czego 18-działowy slup trójmasztowy w ogóle nie miał - naprawdę był to pokład rufowy, znacznie dłuższy i silniej uzbrojony niż rufówka.
Str. 106/107 pokazują ponownie problem z nieadekwatnością słownictwa morskiego Polski i Wielkiej Brytanii. Parkinson pisze (a tłumacz wiernie przekłada), że Delancey i jego oficerowie dostrzegli zespół francuski składający się ze szkunera, korwety i statku handlowego. Jednak chwilkę dalej mamy wyjaśnienie podsumowujące, z którego wynika, iż ów szkuner też był żaglowcem handlowym! Po prostu dla ówczesnych Anglików ship w szerokim znaczeniu odnosił się do każdego okrętu/statku, ale w wąskim - tylko do trójmasztowca z takielunkiem fregaty. Zatem prawidłowe, a nie "wiernosłownikowe" tłumaczenie powinno brzmieć: zespół francuski składał się ze szkunera handlowego, korwety wojennej i fregaty handlowej.
Matematyka Parkinsona ze str.113 jest - jak często - nie do pojęcia, jednak nie wiem, kto dokładnie ponosi za to winę.
Na str.149 "łańcuch cumowniczy", zamiast liny cumowniczej, ale tym razem "odcinany", a tłumaczowi nawet nie przyszło do głowy jakich narzędzi mogłoby wymagać i ile czasu zająć odcinanie łańcucha! Wygląda na to, że w życiu nie trzymał piły do metalu, a już tym bardziej jej nie przesuwał po żadnym elemencie.
Historyczny bryg Speedy ze str.152/153 nie miał "za dużo masztów", tylko dokładnie dwa, jak każdy inny bryg. Tłumacz tego nie wiedział, ale angielskie słowo mast może oznaczać zarówno maszt, jak drzewce, a w tym przypadku Parkinson pisał o "nadmiarze długości drzewc", a nie "zbyt dużej liczbie masztów".
Grupa marynarzy zajmująca się wyciąganiem i opróżnianiem jednej beczułki z wodą dla ściągnięcia statku z mielizny (str.173) to żart - z pewnością Parkinson pisał o beczułkach, a nie o beczułce.
"Przewrócenie dział na burty" (str.188) to kolejna niebywała zagadka, powstała może z następnego angielskiego wyrażenia, którego tłumacz zupełnie nie zrozumiał, albo z jakiegoś niechlujstwa korekty.
Trzeba jednak oddać sprawiedliwość tej wersji językowej przynajmniej pod tym względem, że tutaj wreszcie okręty rzucają kotwice (str.198, 228), a nie "zarzucają" ich niczym wędek.
Za to mamy kolejną zagadkę na str.247, gdy "Bandera Hannibala zjeżdżała w dół wraz z angielską flagą". Co miałoby być?! Flaga przyczepiona do bandery? Flaga wymalowana na banderze? Przecież narodowa flaga okrętowa to właśnie bandera, a Hannibal nie był ani okrętem flagowym, by mieć jeszcze flagę admiralską, ani nie miał na pokładzie osoby przedstawiciela domu panującego, by nosić sztandar królewski. Znowu jakiś niepojęty termin angielski? Na str. 248 znowu coś mamy o banderze i o fladze narodowej w niezbyt jasnym kontekście, ale jestem pewien, że tekst oryginalny wyjaśniłby nam wszystko bez problemu.
Próbkę humoru tłumacza spotykamy na str. 253. Majstrowi szkutniczemu brakuje "krzywizn". Oczywiście chodziło o belki z naturalnie wyrośniętych krzywulców.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Sob 9:23, 21 Paź 2017    Temat postu:

Przypadki z oferowaniem na ochotnika swoich służb na niższym stanowisku przez oficerów wyższej rangi się zdarzały. Oficer taki dostawał niższy żołd (należny stanowisku), albo nie otrzymywał go wcale (z uwagi na "ochotnictwo"), ale nikt go przecież nie degradował, więc pomysł Parkinsona z odpruwaniem z munduru i kapelusza oznak rangi "nawigator i dowódca" (master and commander), by Delancey mógł służyć jako nawigator (master) na pokładzie okrętu flagowego Caesar (str. 258/259), wydaje mi się zgoła przesadzony i nie za bardzo uzasadniony. Tłumacz zapewne dołożył tu swoją cegiełkę, bowiem oznaką rangi "dowódcy" (commander) na mundurze nie był w tamtych czasach żaden "złoty galon" tylko prosty, złoty epolet na lewym ramieniu. Nakryć głowy ówczesny regulamin jeszcze ściśle nie określał, ale faktem jest, że master and commander nosił zwykle przy mundurze galowym kapelusz stosowany obszyty nawet podwójnym złotym galonem (nie przy mundurze codziennym), a przy kapeluszu oficera nawigacyjnego takich galonów nie stosowano wcale. Parkinson parę stron dalej (str. 260) próbuje uzasadniać te sztuczki mundurowe obawami głównego bohatera przed rzekomą wrogością, ale nie wypada to przekonująco - nazwiska wymieniano w biuletynach marynarki dokładnie tak, jak je podawali zwycięscy admirałowie, a nie zgodnie z krojem munduru. To absurd, ozdobiony na dodatek przez tłumacza niezbyt chyba dla większości czytelników zrozumiałą wzmianką o "zwykłym mundurze, jaki noszą chorążowie marynarki wojennej". W rzeczywistości chodziło o to, że zwykły nawigator (master) na okręcie wojennym należał do grupy warrant officers, mianowanych przez Urząd Marynarki, w zupełnym przeciwieństwie do "nawigatora i dowódcy", awansowanego z grupy poruczników i mianowanego, tak jak oni, przez Admiralicję. W XX w. brytyjski "Warrant Officer First Class" z sił lądowych (nie marynarki!) odpowiadał polskiemu chorążemu i wielu tłumaczy przenosi tę dwudziestowieczną analogię o kilka stuleci w tył, co na ogół daje kiepski rezultat.
Nieszczęśliwe ustawienie kolejności zdań przez Parkinsona na str. 261 powoduje mylne wrażenie, że chociaż na str. 255 okrętem flagowym kadm. Saumareza był Caesar, to po paru dniach stał się nim "rozbity Pompée", czyli przeniesiono flagę głównodowodzącego z okrętu sprawnego na niesprawny. Nie taka jednak była intencja autora - flagowcem cały czas pozostawał Caesar, a po pierwszej bitwie stało się jasne, że Pompée w drugiej bitwie pod Algeciras udziału już nie weźmie. Natomiast Caesar odniósł mniejsze, choć też bardzo rozległe uszkodzenia. Rozważano więc ewentualność, że w razie szybszego wyjścia Francuzów może okazać się potrzebne przejście admirała na jeszcze inny liniowiec eskadry.
Strona 282 przynosi nam jedną niespodziankę i jeden lapsus. Jeszcze na str. 233 i 234 hiszpańskie trójpokładowce Real Carlos i San Hermenegilde miały po 120 dział, a teraz się rozbroiły do 112 dział. Lapsusem jest stwierdzenie o "dysproporcji w wadze armatniego spiżu". Z kontekstu wynika, że chodzi o ciężar salwy burtowej, a nikt nie strzelał na okręcie kulami z cennego brązu, tylko żeliwnymi i (bardzo małe kalibry) ołowianymi. Czasy samych armat ze spiżu też już wtedy minęły, standardem było żeliwo.
Niesamowity dziwoląg jest na str. 286. Hiszpanie "trzymają przy działach ZUŻYTE POCISKI". Czy ktoś z Kolegów ma pomysł, jak można było zużyć, czyli wystrzelić kulę żeliwną i "trzymać" ją z powrotem na swoim pokładzie? A jeśli to miałyby być kule przeciwnika, to w jaki sposób ich leżenie przy dziale miałoby zagrażać okrętowi bardziej niż leżenie takich samych kul własnych przed wystrzeleniem?
Ciekawe, że jednostka San-Hermenegilde kojarzyła się tłumaczowi najwyraźniej ze Świętą Hermenegildą - "przestała istnieć" (str.289), "wyleciała w powietrze i zatonęła" (str.290). Tymczasem hiszpański 112-działowiec San Hermenegildo (nie "gilde") wywodził swoją nazwę od świętego Hermenegilda, jak najbardziej faceta.
Zabawne jest przetłumaczenie "pół-żołdu" na "zasiłek lądowy" (str. 294, 316), ale sensu za bardzo nie zmienia.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Nie 6:48, 22 Paź 2017    Temat postu:

Rozważania Parkinsona o awansach (na str. 294/295) są o tyle ciekawe, że tym razem oparte ściśle na losach postaci historycznych. "Nic nie wskazywało, żeby pierwszym oficerom ze Wspaniałego i Dostojnego powiodło się lepiej. Zaraz, jak oni się nazywali? Przypomniał sobie, że Samuel Jackson i James Lillicrap. Kto mógł się wstawić za kimś o nazwisku Jackson? Jaka ze szlacheckich rodzin mogła nazywać się Lillicrap? Ludziom takim jak oni lepiej wiodło się jako porucznikom, bo dopóki byli pożyteczni, mieli zagwarantowaną pracę, a poza tym także pewne szanse na zdobycie pieniędzy z łupów wojennych. Dumaresq miał lepsze widoki, nie z powodu awansu, ale dlatego, że cieszył się przyjaźnią Saumareza."
Jest tu wiele ważnych i prawdziwych spostrzeżeń, ale też sporo nadmiernych uproszczeń i popisywania się znajomością faktów z lat dużo późniejszych, których nikt w 1801 r. nie mógł jeszcze znać. Otóż pierwszy oficer 74-działowca Superb, porucznik Samuel Jackson oraz pierwszy oficer 74-działowca Venerable, porucznik James Lillicrap otrzymali promocję do stopnia master and commander 18.08.1801, a pierwszy oficer flagowego 80-działowca Caesar, porucznik Philip Dumaresq - minimalnie wcześniej, 3.08.1801. Na następny awans istotnie trochę poczekali, ale nie było w tym żadnej nadzwyczajności. Dumaresq był porucznikiem przez około 2,5 roku, a komandorem został (w 1806) po pięciu latach od awansu na "nawigatora i dowódcę". Jackson był porucznikiem 5 lat, a na awans na komandora (w 1807) czekał lat 6. Mimo że "nikt nie mógł się wstawić za kimś o jego nazwisku", nie przeszkodziło mu to osiągnąć przed śmiercią rangi kontradmirała. Lillicrap przesłużył jako porucznik 8 lat, a po awansie na "nawigatora i dowódcę" na następny (w 1810) czekał 9 lat, więc to wszystko są porównywalne wartości. Lillicrap istotnie nie pochodził z rodziny szlacheckiej, ale za to żył bardzo długo, więc i on umierał jako kontradmirał.
Odpowiedź na pytanie, czy lepiej było żyć na lądzie, za połówkę żołdu, w randze "nawigatora i dowódcy" czy na okręcie za pełny żołd porucznika jest tylko pozornie oczywiste, a na dodatek zostało przez Parkinsona trochę fałszywie sformułowane, z założeniami, które wcale nie musiały się spełniać. Biorąc system płac obowiązujący od 1.01.1807, porucznik dostawał miesięcznie 8 funtów i 8 szylingów, a dowódca 18-działowego slupa 16 funtów 16 szylingów. Wprawdzie "pół-żołdu" nie musiało oznaczać dokładnie 50 procent, ale jeśli tak sobie dla uproszczenia założymy, to okaże się, że byczący się na lądzie "nawigator i dowódca" dostawał dokładnie to samo, co harujący i narażający życie porucznik na okręcie. Faktem jest, że oficer z lądu nie mógł liczyć na pryzowe, ale udziały poruczników w normalnych zdobyczach były skromne. Ponadto, chociaż istotnie nadmiar liczby "dowódców" w stosunku do liczby okrętów, które można było im powierzyć, był ogromny, a pod koniec wojen napoleońskich wręcz zastraszający, co u poruczników przedstawiało się dużo korzystniej, to jest zupełną nieprawdą, jakoby ktoś gwarantował porucznikowi zatrudnienie "póki był pożyteczny", a awans na "nawigatora i dowódcę" oznaczał automatyczny brak pracy, jak sugeruje Parkinson. Porucznik na pół żołdu dostawał zgodnie z powyższymi uproszczeniami 4 funty 4 szylingi, czyli dokładnie jedną czwartą tego, co "dowódca" mający okręt pod swoją komendą - różnica w pryzowym (gdy obaj byli w aktywnej służbie) też miała swoje znaczące odbicie w realnym poziomie życia. Nie chce mi się śledzić wszystkich okresów aktywnego zatrudnienia (i nie) tych trzech oficerów na stanowiskach porucznika, jednak potem James Lillicrap wcale nie czekał od 1801 do 1810 na lądzie, dostając "zasiłek lądowy", tylko służył aktywnie od 2.04.1804, a zatem przez 6 lat nazbierał "nadwyżkę" nad w pełni zatrudnionym porucznikiem w wysokości około 657 funtów, co mu z wielkim nadmiarem pokryło okres oczekiwania na zatrudnienie od 1801 do 1804 r. W przybliżeniu (pomijając miesiące, biorąc pół żołdu dosłownie i nie uwzględniając nieco innej różnicy w pensjach przed 1807 r.) - gdyby od 1801 do 1810 był stale zatrudniony jako porucznik, zarobiłby 983 funty, zaś siedząc na lądzie w latach 1801-1803 i służąc od 1804 do 1810, cały czas w randze "dowódcy", dostałby 1638 funtów. Nadrobienie przez porucznika różnicy 655 funtów w ciągu 9 lat w formie pryzowego było realne, ale bynajmniej nie gwarantowane, tak jak samo nieprzerwane zatrudnienie w ogóle. A trzeba pamiętać, że okres 1801-1803 to lata po zawarciu pokoju w Amiens i porucznicy powędrowali masowo na pół żołdu dokładnie tak samo jak "nawigatorzy i dowódcy", tyle że ich pół pensji było dwa razy niższe! Samuel Jackson miał po awansie z 1801 r. jeszcze lepiej, ponieważ 10 maja 1803 wrócił do aktywnej służby, otrzymując swój pierwszy okręt. Zaś Philip Dumaresq już we wrześniu 1801 przejął komendę nad slupem Calpe. Czyli stwierdzenia Parkinsona dobrze oddające problem ogólnie, zbyt mocno go jednak upraszczają.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Pon 7:00, 23 Paź 2017    Temat postu:

Uwaga głosząca, że "kto tam będzie pamiętał o slupie, który nazywa się tak głupio jak Calpé" (str. 320) prosi się o komentarz. Wbrew standardowej praktyce Parkinsona ten okręt był równie historyczny jak jego kapitan, "nawigator i dowódca" George Heneage Laurence Dundas. W przeciwieństwie do zmyślonego Merlina ów okręt faktycznie walczył 12.07.1801 pod Algeciras, a to pozwoliło Dundasowi otrzymać awans na komandora już 3.08.1801. Co zaś do nazwy żaglowca - była to hiszpańska polakka San Jose, pochwycona przez Anglików 27.10.1800 i nazwana Calpe od starożytnej rzymskiej nazwy Gibraltaru (kolonia Julia Calpe).
Przed sztormem działa rzeczywiście mocowano bardzo solidnie do burt dodatkowymi linami, ale na pewno nie "podwójnymi rzemieniami" (str. 328)! To nie były sandałki.
Nie mocowano skrzyń i stołów do "sworzni z kołkami", tylko do sworzni z łbem oczkowym oraz do sworzni pierścieniowych.
Z "pantry stewarda" nie mógł dobiec żaden brzęk (str. 330), ponieważ takie pomieszczenie to pentra.
Na str. 350 i 351 znowu mamy nieprawdziwe odróżnienie między flagą (na str. 378 zmieniającą się we "własną banderę", cokolwiek by to nie miało znaczyć, a potem jeszcze w "odwróconą flagę") i banderą narodową (na str. 378 zmieniającą się we "flagę angielską"), lecz potrzeba oryginalnego tekstu, by wyjaśnić ów bełkot tłumaczenia.
Nie mogę pojąć tej plątaniny dróżek przy zdobywaniu francuskiego statku, kiedy pan Northmore ma wejść prze bulaj (sic!) NA RUFIE i ściągnąć nieprzyjacielską banderę (str. 357), a potem wyłazi "z luku NA DZIOBÓWCE (str. 367) i podchodzi prosto do fałów bandery" (na dziobie?!), "ściąga z wierzchołka bezana francuską flagę" (więc jednak na rufie, czy ten statek miał bezanmaszt z przodu?) i "wraca do luku" (czyli jednak dziób?!), a Parkinson z pewnością takich dyrdymał nie wypisywał, lecz to drobiazgi.
Gorzej, że na okręcie Merlin uszkodzono "reję żagla rozprzowego" (str. 369), zaś żaden slup rejowy żadnych żagli rozprzowych nie nosił. Sytuacja wręcz klasyczna dla tych książek: angielski spritsail to na statkach rybackich, jachtach z XVII w., małych kabotażowcach itp. faktycznie żagiel rozprzowy. Jednak na slupach dwu- i trójmasztowych, korwetach, fregatach, liniowcach, to samo słowo oznaczało rejowy (nie rozprzowy) żagiel podbukszprytowy. Tłumacz bierze sobie słownik morski odnoszący się do współczesnych żaglówek i ma tylko "żagiel rozprzowy", albo sięga nawet po dobry słownik, lecz musi losować, które ze znaczeń wybrać, i nieodmiennie trafia kulą w płot.
KONIEC
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Colonel




Dołączył: 25 Wrz 2010
Posty: 40
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pon 17:53, 06 Lis 2017    Temat postu:

No i cale szczęście, że tego tekstu nie przeczytalem ponad 30 lat temu, bo nie przeczytałbym "trylogii" o Delancey'u, a to świetna lektura. Dziś mnie to już odstraszyć nie może, za to gdy kiedyś powrócę do Parkinsona, to z wydrukowanym z fprum załącznikiem w ręku.
BARDZO DZIĘKUJĘ!
Świetne.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Colonel




Dołączył: 25 Wrz 2010
Posty: 40
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pon 14:57, 05 Mar 2018    Temat postu:

A książka o okrętach Hornbolwera?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Pon 22:20, 05 Mar 2018    Temat postu:

Ta książka jest w dużej mierze gotowa. Ale nie jestem pewien czy ją kiedykolwiek dokończę i wydam. Wiele spraw się nałożyło, wiele problemów zewnętrznych, zupełnie nie związanych z kwestiami merytorycznymi. Zobaczymy.
Pozdrawiam, Krzysztof Gerlach
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Colonel




Dołączył: 25 Wrz 2010
Posty: 40
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pon 17:33, 12 Mar 2018    Temat postu:

Ujmę to tak: uznać muszę... ale żałować nie przestanę.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Pytania, odpowiedzi, polemiki Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 19, 20, 21
Strona 21 z 21

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin