Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna www.timberships.fora.pl
Forum autorskie plus dyskusyjne na temat konstrukcji, wyposażenia oraz historii statków i okrętów drewnianych
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

W odpowiedzi na paszkwil "bubel"

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Recenzje
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Radczuk Jerzy




Dołączył: 27 Lut 2014
Posty: 2
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 13:32, 27 Lut 2014    Temat postu: W odpowiedzi na paszkwil "bubel"

Zaraz po wydaniu mojej książki „Historia żeglugi i budownictwa okrętowego Europy północnej do końca XVI w.”, bo już pod koniec stycznia 2013 r. pan Krzysztof Gerlach stały współpracownik czasopisma „Morze Statki i Okręty” i jak o sobie pisze: habilitowany doktor inżynier mechanik z 35 letnim stażem, będący przez kilkadziesiąt lat pracownikiem naukowym wyższej uczelni technicznej ( jakiej nie podaje ) strasznie, w sposób niewybredny skrytykował moją książkę określając ją mianem „bubel” i mnie jako ignoranta pod każdym względem – wypowiedź z 29.01.2013 r. na „Forum autorskie plus dyskusyjne na temat konstrukcji, wyposażenia oraz historii statków i okrętów drewnianych”.
Przyznam, że przez ponad rok nie wiedziałem o tej „recenzji” i dopiero kilka dni temu, przypadkowo na nią natrafiłem.
Pomijając obraźliwy i niezwykle agresywny styl wypowiedzi świadczący o tym, że jej autor jest wyjątkowym megalomanem o wątpliwej kulturze osobistej, skupię się na kilku zagadnieniach, które poruszył, spośród mnogości innych ujętych w „Książce”. Dziwnym trafem skupił się głównie na tych zagadnieniach, które dotyczyły Jego artykułów i stwierdzeń – uderz w stół a nożyce się odezwą. Już to świadczy, że nie jest to recenzja lecz paszkwil.

A oto zarzuty, które wg pana Gerlacha książkę całkowicie dyskwalifikują i czynią ją „bublem”:

1. „Książka jest eklektycznym zlepkiem rozmaitych informacji, niespójnych i w wielu przypadkach całkiem błędnych”
1.1. Moim założeniem pisarskim było, co jest wyraźnie ujęte już we „Wstępie”, pokazanie rozwoju
szkutnictwa na tle maksymalnie szerokiego horyzontu zdarzeń klimatycznych, gospodarczych
i politycznych, które na ten rozwój miały ewidentny wpływ – tak szerokie podejście do
zagadnienia chyba jest pozytywem, a stawianie tego w formie zarzutu jest śmieszne.
1.2. O „niespójności informacji” nie będę dyskutował, gdyż jest to gołosłowne stwierdzenie nie poparte żadnym przykładem a pracownik naukowy powinien wiedzieć, że postawiona tezę należy udowodnić.
1.3. O „całkiem błędnych informacjach” z których dwie, jego bezpośrednio dotyczące, „recenzent” szczególnie uwypuklił, poniżej.
1.3.1. Na str. 76 „Książki” umieściłem rysunek galery „San Matteo” wg rekonstrukcji pana Gerlacha z moim tekstem: rekonstrukcja galery zawiera błąd, ster zawiasowy na stewie łukowej zamocowany na zawiasach o różnych osiach obrotu nie może się obracać – takie galery mogły mieć tylko stery wiosłowe, a uwzględniając wielkość tych galer, musiały mieć stery po obu burtach.
To stwierdzenie co do tej rekonstrukcji podtrzymuję, gdyż:
- dotyczy tego konkretnego rysunku,
- rysunek przytoczyłem, żeby pokazać iż w omawianym okresie po wodach północnej Europy pływały jednostki śródziemnomorskiej szkoły szkutniczej i to całkiem spore, ale podkreślam, że przedmiotem tej książki nie jest szkutnictwo śródziemnomorskie, lecz Europy północnej i uwagi w stylu: „ale pan Radczuk najwyraźniej nie potrzebuje tego znać”, świadczą o „obiektywizmie recenzji” P. Gerlacha,
- przytoczone przez pana Gerlacha mnogie przykłady historycznych rysunków i rycin świadczące, że takie stery na galerach stosowano i funkcjonowały, powinny być opatrzone, jak i wyżej wspomniana rekonstrukcja, uwagą, że zawiasy nie były zawiasami trzpieniowymi, lecz miały specjalną konstrukcję i dobrze by było tą ciekawą konstrukcję przedstawić,
- zawiasy trzpieniowe zamocowane pod różnymi kątami mogą pozwolić na obrót steru w bardzo ograniczonym zakresie, gdyż tylko do wykasowania luzów między trzpieniem a tuleją, dalej się kleszczą, lub przy większej sile wyłamują,
- że skuteczność tych sterów mogła być mała świadczą też przytoczone przez pana Gerlacha dwie ryciny ( nr 3 i 4 ), przedstawiające galery z dodatkowymi sterami wiosłowymi,
- przedstawione przez pana Gerlacha zdjęcia tekturowego modeliku steru z zawiasami
typu drucik we wiotkiej tasiemce z tuleją, którą ma imitować duża pętla drugiej
wiotkiej tasiemki i na dobitkę z ogromnym luzem między łukową stewą a sterem, są
po prostu śmieszne, jeśli maja stanowić dowód, że zawiasy trzpieniowe mogą
funkcjonować w takim układzie,
- nie jest też możliwe, żeby w rzeczywistości mocowano stery na zawiasach
trzpieniowych o tak wielkich luzach, gdyż dynamiczne uderzenia luźno zawieszonego
na nich steru pracującego na fali szybko by zniszczyły zarówno zawiasy, jak i ster i
mocno nadwyrężyły konstrukcję rufy, zwłaszcza że galery miały delikatną konstrukcję
kadłubów.
Reasumując: nie byłoby komentarza z mojej strony pod rysunkiem, ani polemiki na 18
stron ze strony P. Gerlacha, gdyby P. Gerlach przy swej rekonstrukcji umieścił jedno
stwierdzenie: zawiasy miały specjalną konstrukcję, a zupełnie wspaniale, gdyby
zilustrował to rysunkiem.
1.3.2. Na stronach 134 i 135 „Książki” pozwoliłem sobie postawić pytanie: czy faktycznie mała masa dział kamiennych ( foglerze i petriery ) powodowała gwałtowne ich odskakiwanie po strzale, ze zrywaniem lin hamujących i ich mocowań do burty, niszczeniem i przewracaniem lawet itp., jak twierdzi się w dotychczasowych opracowaniach i przeprowadziłem obliczenia, które by to potwierdziły, lub zaprzeczyły - okazało się, że jest to mit.
Tym wywołałem burzę ze strony pana Gerlacha – poczuł się osobiście dotknięty, gdyż oparłem się o jego artykuł.
W zasadzie cały jego, obraźliwy w stosunku do mnie, wywód mógłbym skwitować krótkim stwierdzeniem: ja piszę o artylerii z XVI w., to jest działach kamiennych, czyli strzelających kulami kamiennymi o lufach długich, porównywalnych długością do ówczesnych kanon strzelających pociskami żeliwnymi, osadzonych na lawetach zbliżonych konstrukcyjnie i wymiarowo, lub nawet identycznych do lawet kanon – w ogóle cała książka dotyczy spraw do końca XVI w. .
Natomiast szacowny mój adwersarz wylewa na mnie całe wiadra pomyj ( trzy strony tekstu ) uzasadniając swoje stanowisko danymi artylerii z XVIII i XIX w., gdzie karonada, czy działo haubiczne miały zdecydowanie krótsze lufy od standardowych dział, a wszystkie te działa strzelały pociskami żeliwnymi, lub granatami różnej konstrukcji i miały zdecydowanie różniące się konstrukcją i gabarytami lawety.
W tym momencie można powiedzieć: i po dyskusji, gdyż mówimy o różnych sprawach, a tekst trzeba czytać ze zrozumieniem.
Z uwagi jednak na to, że pan Gerlach nazwał mnie wręcz ignorantem nie znający podstaw fizyki na poziomie szkoły średniej, pozwolę sobie na dalszy wywód w tej materii.
Pan Gerlach przypomniał nam, że zasada zachowania pędu mówi: suma pędów w układzie zamkniętym jest równa zeru.
Bez trudu natomiast można znaleźć w podręcznikach i encyklopediach, że zasada zachowania pędu mówi:
- suma wektorów wszystkich elementów układu izolowanego pozostaje stała,
- jeśli na układ nie działają siły zewnętrzne, to całkowity pęd układu jest stały.
Pęd układu izolowanego jest stały, może być zerowy ale nie musi – jest to zasadnicza jednak różnica definicji jeśli kogoś się poucza.
Układ działo–ładunek prochowy-kula przed wystrzałem jest układem zamkniętym o zerowym pędzie wobec pokładu.
Pędy poszczególnych elementów układu i całego układu przed wystrzałem są zerowe bo prędkości są zerowe – sam pan Gerlach też podaje, że pęd to iloraz masy i prędkości.
Spalający się w momencie wystrzału w komorze prochowej proch zamienia się w gazy, które rozprężając się generują siłę parcia wykonującą pracę przepchnięcie kuli przez przewód lufy pokonując opory tarcia i wyrzucenia kuli z określoną prędkością i pracę odrzucenia działa pokonując opory toczenia kół jego lawety też z jakąś określoną prędkością.
W momencie opuszczenia lufy przez kulę przestaje na nią i na działo działać siła parcia rozprężających się gazów i dalszy ich ruch, czyli wykonywana praca, odbywa się kosztem zgromadzonej przez te obiekty energii kinetycznej. Ponieważ praca wykonana na przepchnięcie kuli przez przewód lufy i odtoczenia działa na krótkiej drodze, zanim kula opuści lufę jest pomijalnie mała w stosunku do zgromadzonej energii kinetycznej tych obiektów można przyjąć, że energia kinetyczna cofającego się działa jest równa sumie energii kinetycznej kuli i gazów ze spalonego prochu opuszczającego lufę z prędkością kuli.
Dla uproszczenia obliczeń pominąłem też energię kinetyczną gazów prochowych, chociaż gdybym tego nie zrobił, uzyskany wynik w jeszcze większym stopniu poparłby moją tezę, gdyż ładunek prochowy dział kamiennych był znacznie mniejszy niż kanon.
A teraz wyjdźmy z zasady zachowania pędu przez układ zamknięty, z której ku zgorszeniu pana Gerlacha nie wyszedłem w obliczeniach podanych w „Książce”.

Pęd kuli w momencie opuszczanie lufy Pk = F ˑ t

gdzie: F –siła parcia gazów prochowych
t – czas przejścia kuli przez lufę

F = Pk/ t

Praca wykonana na przepchnięcie kuli przez przewód lufy Wk = F ˑ s

gdzie: s – droga kuli w lufie = V średnie ˑ t


V średnie = 1/2 Vk , prędkość kuli rośnie od 0 do Vk


Wk = Pk/t ˑ 1/2 ˑ Vk ˑ t


wstawiając Pk = mk ˑ Vk

gdzie: mk – masa kuli


otrzymujemy Wk = mk ˑ Vk²/2

Identycznie liczymy pracę wykonaną przez tą samą siłę F tylko o przeciwnym zwrocie na odrzucenie działa, wychodząc z pędu działa Pd = F ˑ t
Ponieważ zarówno „F” jak i „t” są identyczne dla kuli i dla działa otrzymujemy:


md ˑ Vd²/2 = mk ˑ Vk²/2

Właśnie z tego wzoru na energię kinetyczną elementów układu zamkniętego wyszedłem do moich obliczeń nie demonstrując wyprowadzenia tego oczywistego wzoru z pędów składowych elementów układu zamkniętego „kula – działo”. Dla pana doktora inżyniera Gerlacha prawo zachowania energii i zasada zachowania pędu to dwa odrębne światy, dla mnie prostego inżyniera nie.
Popełniłem tylko jeden błąd logiczny porównując prędkości odrzutu poszczególnych typów dział, ulegając tezom, iż duża prędkość odrzutu dział kamiennych powoduje problemy z nimi, a przecież to energia kinetyczna nabyta przez działo w momencie wystrzału, musi być przekształcona na pracę napinania lin uprzęży działa, odkształcania sprężystego okuć mocujących je do burt oraz odkształcania sprężystego belek i klepek burt – wystarczyło porównać tylko energie kinetyczne dział kamiennych i kanon.
Oczywiście przeprowadzone obliczenia dotyczą bardzo uproszczonego modelu, gdyż:
- nie uwzględniają pracy na pokonanie oporów przemieszczanie się kuli w lufie,
- nie uwzględniają pracy na pokonanie oporów toczenia lawety z działem po pokładzie,
- zakładają, że elewacja lufy względem pokładu jest zerowa,
- nie uwzględniają masy ładunku prochowego, który w postaci gazu opuszcza ją z prędkością kuli,
potem większą, nie uwzględniamy również pracy rozprężania się gazów prochowych.

Wychodząc z podstawowego wzoru zasady zachowania pędu w układzie zamkniętym
md ˑ Vd = mk ˑ Vk
i wstawiając dane liczbowe z przykładu pierwszego podanego w książce otrzymujemy:
V kanony
̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ = 1,427
V foglerza

czyli prędkość odrzutu kanony jest pawie półtora raza większa niż foglerza strzelającego kulami kamiennymi,
a wstawiając dane liczbowe z przykładu drugiego podanego w książce otrzymujemy:

V kanony
̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶ ̶̶̶ ̶ = 1,733
V petriery

czyli prędkość odrzutu kanony jest prawie dwa razy większa niż petriery strzelającej kulami kamiennymi.

I co Pan na to Panie Gerlach, jakoś liczby nie chcą potwierdzić Pana poglądów ?

W ogóle wydaje mi się bardzo dziwne u pracownika naukowego wyższej technicznej uczelni tak staranne unikanie dokonywania własnych analiz i obliczeń, rysunków konstrukcyjnych wyjaśniających niezrozumiałe, lub dziwne zagadnienia, a opieranie się bezkrytycznie wyłącznie na czyichś tekstach i rysunkach, byleby były stare, pochodziły z zagranicy i sygnowane były przez uznane autorytety.

Jeszcze tylko kila słów na temat prędkości wylotowych kul. P. Gerlach wie jakie były, ale nie poda, bo nie. W tym momencie to i tak jest bez znaczenia, gdyż to co wie dotyczy, jak sam podaje, dział z XVIII i XIX w., a więc nie dział z XVI w.
Ja też nie wiem jakie były prędkości wylotowe kul z dział kamiennych i tzw. żelaznych w XVI w., ale myślę, że bezpiecznie założyłem, iż kule kamienne miały trzykrotnie niższe prędkości niż żeliwne, gdyż wytrzymałość na ściskanie kamienia to zaledwie:
- piaskowce ̴ 60 MPa ̴ 6,12 KG/mm²
- wapienie ̴ 160 MPa ̴16,32 KG/mm²
- granity ̴ 220 MPa ̴ 22,43 KG/mm̴²
a wytrzymałość na rozrywanie jest dla kamienia nawet kilka, kilkanaście razy razy mniejsza, załóżmy 10 razy mniejsza.
Wytrzymałość na rozrywanie żeliwa szarego to ̴ 22 KG/mm², czyli 10 razy większa od granitu i odpowiednio większa na ściskanie. Zatem założenie, że kule kamienne miały tylko trzykrotnie mniejszą prędkość jest bardzo optymistyczne ( prawdopodobnie jeszcze niższą ) i opiera się na rozumowaniu, że ówczesne działa, patrząc na jakość brązów, kutej stali, a tym bardziej lanego żeliwa oraz dokładność obróbki otworów lufowych nie dopuszczały dużych szybkości również dla kul żeliwnych.

2. Awersja pana doktora inżyniera do matematyki jest faktycznie szczególna. Chcąc w swoim stylu ośmieszyć postawioną przeze mnie tezę popartą konkretnymi wyliczeniami wytrzymałościowymi z jakiego powodu poszycie zakładkowe zostało wyparte przez karawelowe, woli zasypać czytelnika informacjami słownymi o publikacjach zachodnioeuropejskich, nie publikowanych w Polsce, a więc trudnych do zweryfikowania przez przeciętnego czytelnika, niż policzyć samemu i powiedzmy udowodnić matematycznie, że nie mam racji. Obliczenia wytrzymałościowe to chleb powszedni dla inżyniera mechanika, ale okazuje się nie każdego.

3. Kolejny wielki zarzut pod moim adresem to taki, że opieram się na publikacjach, które ukazały się w Polsce i, że nie znam literatury obcojęzycznej w tym temacie.
Jest to fakt, z którym się jednak nie kryłem ani we „Wstępie”, ani w „Bibliografii”.
Nie przypuszczam żeby pan Gerlach znał całą literaturę z kręgu kultury europejskiej w tym zakresie, czy ktokolwiek inny. Stawianie więc w złośliwej formie tego rodzaju zarzutu jest kuriozalne, gdyż każdemu można postawić zarzut, że jakiejś pozycji, czy faktu nie zna.

4. Ponieważ pozostałe zarzuty są mniej więcej tej wartości i na tym poziomie co powyżej zanegowane, a cała „recenzja” pełna konfabulacji, nie będę z nimi polemizował.

5. Książka moja nie ma aspiracji pracy naukowej, jak uparcie stara się imputować mi pan Gerlach, lecz jest pozycją popularno-naukową, napisaną przez hobbystę w tej dziedzinie, ale nie tylko –
- zainteresowań mam znacznie więcej. Moja droga zawodowa to też zupełnie inne dziedziny.

Oczywiście nie ujmuję panu Gerlachowi bardo dużej wiedzy, którą posiada w pamięci, zbiorach własnych i redakcji czasopisma „Morze Statki i Okręty”, z którym współpracuje, ale zalecałbym mu:
- zrobienie kursu czytania ze zrozumieniem,
- popracować nad logiką myślenia,
- większą dociekliwość i staranność w badaniu spraw z przeszłości, a nie tylko skupianie się na ich
translacji w czasy obecne – to nie przystoi pracownikowi naukowemu,
- zaliczyć kurs dobrego wychowania .

Z poważaniem dla czytelników

Jerzy Radczuk


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 23:10, 01 Mar 2014    Temat postu:

PODRÓŻE W KRAINIE FANTAZJI, CZYLI ODPOWIEDŹ NA „ODPOWIEDŹ” PANA RADCZUKA

Szanowny Panie,
Przede wszystkim dziękuję, że pofatygował się Pan zarejestrować na forum, by udzielić odpowiedzi, którą miejscami stara się Pan uczynić nawet merytoryczną. To bardzo rzadkie zjawisko na naszym rynku wydawniczym, więc tym bardziej chylę czoło. Oczywiście każda osoba, której coś zarzucono, musi mieć prawo do obrony, lecz nie każdemu się chce. Fakt, że odpowiada Pan teraz, nie ma nic do rzeczy, ponieważ przecież żaden z autorów nie jest w stanie przeczytać wszystkiego, co o nim się napisze. Dowiedzenie się po roku o mojej recenzji, którą uprzejmie nazywa Pan „paszkwilem” nic nie znaczy, ponieważ przecież mógł się Pan o niej nie dowiedzieć wcale. W każdym razie odpowiedź jest cenna i rzuca dalsze światło na Pański warsztat pracy. Szkoda tylko, że rzuca też światło na osobę, co już jest daleko mniej sympatyczne.
Ponieważ oprócz polemiki merytorycznej udziela mi Pan też kilku cennych rad, od nich zacznę.
Proponuje mi Pan zaliczyć kurs dobrego wychowania. Ponieważ w całej recenzji najostrzejsze sformułowania, typu „popisuje się bezmyślnością i niewiedzą’, „autor popełnił kilka kardynalnych błędów”, „bzdura totalna!”, zaczerpnąłem WPROST z Pana książki, a teraz w odpowiedzi czytamy jeszcze o tym, jak to ja jestem „wyjątkowym megalomanem o wątpliwej kulturze osobistej” (w ustach kogoś, kto pisze o sobie samym, że jego praca „powinna zainteresować historyków i hobbystów historii, pisarzy, marynistów, modelarzy okrętowych, dobrze by było, gdyby przestudiowali ją politycy” [str.6], zarzut megalomanii jest to po prostu uroczy Very Happy ), o „obraźliwym w stosunku do Pana wywodzie” o „recenzji pełnej konfabulacji”, „o wylewaniu całych wiader pomyj”, każdy czytający sam wyrobi sobie zdanie, komu taki kurs jest potrzebny.
Kolejną propozycją jest „zrobienie kursu czytania za zrozumieniem”. Czy znowu aby nie powinien Pan tej propozycji przeadresować? Napisałem o sobie wyraźnie, chociaż – jako „megaloman” oczywiście - w tonie żartobliwej autoironii: „NIE shabilitowany, stary doktor inżynier”. Dla Pana oznacza to „jak o sobie pisze: habilitowany doktor inżynier mechanik”. Na kurs, kolego, na kurs!
Na temat zaleceń (już bez kursów?) „popracowania nad logiką myślenia” oraz „większej dociekliwości i staranności w badaniu spraw z przeszłości” nie będę się na razie wypowiadał, ponieważ odpowiedź wyniknie automatycznie z komentarzy dotyczących spraw merytorycznych.
Próbkę Pana kultury osobistej (niewątpliwie po wielu kursach) mamy już na początku. Twierdzi Pan, że „spośród mnogości innych [zagadnień] ujętych w >Książce<... dziwnym trafem skupił się głównie na tych zagadnieniach, które dotyczyły Jego artykułów i stwierdzeń – uderz w stół a nożyce się odezwą. Już to świadczy, że nie jest to recenzja lecz paszkwil.” Po pierwsze, napisałem wyraźnie: „Czytający tę recenzję odniesie pewno wrażenie, że wytoczyłem takie ciężkie działa i poświęciłem tyle stron na zdeprecjonowanie jednego zdania z recenzowanej książki tylko dlatego, że odnosiło się do mnie. I będzie miał rację! Jednak pozwoliło mi to zarazem dobitnie pokazać mechanizm wielu innych „odkryć” autora...”, a także „Nie wiem, ile takich opracowań zna pan Radczuk, ale sądząc po tym, że informacje poprzedzające ze stron 128-133 są niemal w stu procentach przepisane z mojego artykułu, mogę z prawdopodobieństwem bliskim jedności założyć, iż autorowi chodziło o stwierdzenia z tego właśnie artykułu, a owe >dotychczasowe opracowania< do niego się ograniczają”. Skoro SAM na to dobitnie wskazałem i podkreśliłem przyczyny, uwaga o „stole i nożycach” ujawnia, że jednak liczba kursów skończonych przez Pana może nie być wystarczająca.
Po drugie, omówiłem w recenzji około pół setki (!) błędów zawartych w Pańskiej książce, z tego tylko dwa odnoszące się do moich prac. Dla Pana omówienie dwóch na circa 50 to „głównie” – gratuluję kursu „z logiki myślenia” i braku „awersji do matematyki”. Oczywiście objętościowo te dwa zajmują dużo miejsca (zwłaszcza pierwszy), lecz powód dokładnie wyjaśniłem. Każdy z czytelników recenzji - a pisałem ją oczywiście dla nich, nie dla Pana (do czego jeszcze nie raz wrócę) – sam może ocenić, czy odnosiłem się „głównie” do zarzutów pod moim adresem.

Zostawiając chwilowo na boku Pana poradnictwo skierowane do mnie, przejdźmy do polemiki:
1. Zarzut o „eklektycznym zlepku rozmaitych informacji, niespójnych i w wielu przypadkach całkiem błędnych” komentuje Pan: „Moim założeniem pisarskim było, co jest wyraźnie ujęte już we >Wstępie<, pokazanie rozwoju szkutnictwa na tle maksymalnie szerokiego horyzontu zdarzeń klimatycznych, gospodarczych i politycznych, które na ten rozwój miały ewidentny wpływ – tak szerokie podejście do zagadnienia chyba jest pozytywem, a stawianie tego w formie zarzutu jest śmieszne”.
Otóż na fali emocji nie zauważył Pan, że napisałem „podoba mi się pomysł przemieszania fragmentów dotyczących stricte historii budowy okrętów i żeglugi z dość obszernymi wstawkami z historii ogólnej rejonów, o których mowa. [...] Sam pomysł, który na pewno będzie strasznie raził „zawodowych” historyków, uważam za dobry – wszelka działalność przemysłowa, w tym żegluga we wszystkich jej aspektach, wyrasta z określonej kultury materialnej, jest nierozerwalnie związana z finansami, polityką, demografią a nawet ideologią i warto na to zwracać uwagę.”
Zarzut eklektyczności nie dotyczy więc zamiaru, jasno wyłożonego we „Wstępie”, tylko wykonania. Nie chodzi o to, że napisał Pan o wielu rzeczach, ale że nie umiał Pan dla wielu z nich znaleźć żadnego uzasadnienia (domaga się Pan przykładów na każde stwierdzenie, proszę bardzo – po co w książce o historii żeglugi do końca XVI w. nazewnictwo lizeli i sztaksli?), a do przedstawienia bardzo licznych nie ma Pan wystarczającej wiedzy (jak przypisywanie tego samego obrazu dwóm różnym autorom i sugerowanie, że to dwa różne obrazy – str.124 i 157; powtarzane fałszywe opowieści o stengach). W rezultacie, niezależnie od Pana szczytnych zamiarów, mamy to co mamy – chaos. Panu się to może podobać, ale recenzja była pisana dla czytelników/potencjalnych czytelników. Niech sami ocenią, czy zarzut jest „śmieszny”.
1.3.1. Pisze Pan: „Na str. 76 „Książki” umieściłem rysunek galery „San Matteo” wg rekonstrukcji pana Gerlacha z moim tekstem: rekonstrukcja galery zawiera błąd, ster zawiasowy na stewie łukowej zamocowany na zawiasach o różnych osiach obrotu nie może się obracać – takie galery mogły mieć tylko stery wiosłowe, a uwzględniając wielkość tych galer, musiały mieć stery po obu burtach. To stwierdzenie co do tej rekonstrukcji podtrzymuję, gdyż: - dotyczy tego konkretnego rysunku, - rysunek przytoczyłem, żeby pokazać iż w omawianym okresie po wodach północnej Europy pływały jednostki śródziemnomorskiej szkoły szkutniczej i to całkiem spore, ale podkreślam, że przedmiotem tej książki nie jest szkutnictwo śródziemnomorskie, lecz Europy północnej i uwagi w stylu: „ale pan Radczuk najwyraźniej nie potrzebuje tego znać”, świadczą o „obiektywizmie recenzji” P. Gerlacha. Reasumując: nie byłoby komentarza z mojej strony pod rysunkiem, ani polemiki na 18 stron ze strony P. Gerlacha, gdyby P. Gerlach przy swej rekonstrukcji umieścił jedno stwierdzenie: zawiasy miały specjalną konstrukcję, a zupełnie wspaniale, gdyby zilustrował to rysunkiem”
- przytoczone przez pana Gerlacha mnogie przykłady historycznych rysunków i rycin świadczące, że takie stery na galerach stosowano i funkcjonowały...”

Brawo, toż dopiero POPIS LOGIKI. „Rysunek zawiera błąd, ster zawiasowy (gdzie w książce jakieś stery trzpieniowe?) na stewie łukowej nie może się obracać, galery takie mogły mieć tylko stery wiosłowe, twierdzenie podtrzymuję, a takie stery na galerach stosowano i funkcjonowały!” Naprawdę cudo.
Jeśli przedmiotem tej książki „nie jest szkutnictwo śródziemnomorskie”, a Pan się na nim nie zna, nie należało się na jego temat wypowiadać – mój „nieobiektywny” zarzut dotyczył błędnego popisywania się wiedzą, której Pan nie posiada. Pomysł, że wina jest moja, ponieważ PRAWIDŁOWEJ rekonstrukcji nie opatrzyłem potrzebnym Panu komentarzem, jest uroczy. Podtrzymywanie, że Pańska błędna uwaga jest prawidłowa, ponieważ dotyczy „tego konkretnego rysunku” rozbraja. Opisywana galera została zbudowana na Morzu Śródziemnym (gdzie „nie działających” sterów zawiasowych na łukowej tylnicy używano na potęgę) i z tego morza popłynęła na wody Europy północnej. Jeśli w czasie rejsu zaczęły działać inne prawa fizyki (na galerach „stosowano i funkcjonowały”, ale na wodach Północy już nie), to dalsze komentarze zostawię czytelnikom.
„Że skuteczność tych sterów mogła być mała świadczą też przytoczone przez pana Gerlacha dwie ryciny ( nr 3 i 4 ), przedstawiające galery z dodatkowymi sterami wiosłowymi”.
A któż u licha twierdził, że była duża?! Na Morzu Śródziemnym ceniono sobie wysoko ŁUKOWĄ TYLNICĘ i dlatego zatrzymano ją długo po wprowadzeniu steru zawiasowego, który trzeba było do niej dostosować. Ster zawiasowy na prostej tylnicy był lepszy i ostatecznie on zwyciężył, ale ja rekonstruowałem KONKRETNĄ JEDNOSTKĘ Z KONKRETNEGO OKRESU, a nie dyskutowałem o rozwoju sterów. Przez lata ster zawiasowy na łukowej tylnicy BYŁ WYSTARCZAJĄCO dobry, by go powszechnie używać.
Przedstawione przez pana Gerlacha zdjęcia tekturowego modeliku steru z zawiasami typu drucik... wiotkiej tasiemki... i na dobitkę z ogromnym luzem między łukową stewą a sterem, są po prostu śmieszne, nie jest też możliwe, żeby w rzeczywistości mocowano stery na zawiasach trzpieniowych o tak wielkich luzach, gdyż dynamiczne uderzenia luźno zawieszonego na nich steru pracującego na fali szybko by zniszczyły zarówno zawiasy, jak i ster i mocno nadwyrężyły konstrukcję rufy, zwłaszcza że galery miały delikatną konstrukcję kadłubów”.
Wyraźnie podkreśliłem, z czego wyniknął prowizoryczny charakter modeliku (w którym „drucik” był proporcjonalnie grubszy niż prawdziwy zawias, a „wiotka tasiemka” zrobiona z grubej i całkowicie sztywnej blaszki. Luz między stewą a sterem był faktycznie przesadzony, ponieważ nie miałem ochoty ani czasu na robienie modelu redukcyjnego. Nie uważałem też tego za potrzebne, skoro zamieściłem gromadę rysunków konstrukcyjnych z kilku epok. A teraz co do luzów w zawiasach – są one na modeliku duże, ponieważ chciałem bardzo silnie przekręcić ster (do 60 stopni w lewo i w prawo), dla dobrej widoczności na zdjęciach. Dla każdego powinno to być absolutnie jasne i ufam, że dla każdego czytającego – poza Panem – było. Tymczasem na rzeczywistych jednostkach nigdy nie przekraczano wartości trzykrotnie mniejszej (oczywiście trudno to wiedzieć, gdy się nie czyta dawnych traktatów, tylko wykazuje wielką „dociekliwość i staranność w badaniu spraw z przeszłości”), co oznaczało proporcjonalnie wielokrotnie mniejsze luzy. Warto też dostrzec oczywistą zależność od długości tulei zawiasu, która w pewnych wersjach rozwiązania była bardzo krótka, jak widać na planach konstrukcyjnych z epoki (jeśli nie potrafi Pan tego zrozumieć bez mojego dodatkowego rysunku, trudno, przeżyję). Niech czytający sami osądzą, kto jest tu śmieszny.

„1.3.2. „Pozwoliłem sobie postawić pytanie: czy faktycznie mała masa dział kamiennych (foglerze i petriery) powodowała gwałtowne ich odskakiwanie po strzale, ze zrywaniem lin hamujących i ich mocowań do burty, niszczeniem i przewracaniem lawet itp., jak twierdzi się w dotychczasowych opracowaniach i przeprowadziłem obliczenia, które by to potwierdziły, lub zaprzeczyły - okazało się, że jest to mit. Tym wywołałem burzę ze strony pana Gerlacha – poczuł się osobiście dotknięty, gdyż oparłem się o jego artykuł. W zasadzie cały jego wywód mógłbym skwitować krótkim stwierdzeniem: ja piszę o artylerii z XVI w., to jest działach kamiennych, czyli strzelających kulami kamiennymi o lufach długich, porównywalnych długością do ówczesnych kanon strzelających pociskami żeliwnymi, osadzonych na lawetach zbliżonych konstrukcyjnie i wymiarowo, lub nawet identycznych do lawet kanon – w ogóle cała książka dotyczy spraw do końca XVI w. Natomiast szacowny mój adwersarz wylewa na mnie całe wiadra pomyj uzasadniając swoje stanowisko danymi artylerii z XVIII i XIX w. [...] W tym momencie można powiedzieć: i po dyskusji, gdyż mówimy o różnych sprawach, a tekst trzeba czytać ze zrozumieniem.
Usiłując ratować sytuację nie do uratowania, posuwa się Pan aż do KŁAMSTWA, mając nadzieję zamydlić komuś oczy. Po pierwsze, co ma piernik do wiatraka? Gdzie w Pana fałszywych wzorkach występuje długość lufy? Całe zjawisko dotyczy mas i przyspieszeń, których iloczynem są siły. Wszystko wyglądało tak, jak opisałem, a działa kamienne, lekkie foglerze, karonady, działa typu „drake”, jednorogi, haubice Paixhansa, zachowywały się tak, jak się zachowywały, na skutek MAŁYCH MAS, a nie małych długości. Po drugie, kłamie Pan, że uzasadniałem wywody wyłącznie przykładami z XVIII i XIX w. – wyjaśniłem w recenzji bardzo wyraźnie, że ZJAWISKA były te same, a z tego okresu zostało po prostu więcej świadectw z epoki – ale napisałem też, że grupa naukowców brytyjskich zbudowała „wierne repliki petriery i kolubryny na podstawie gruntownie przebadanych egzemplarzy z Mary Rose i zrealizowała program eksperymentów artyleryjskich. Podczas jednego z odpaleń w sierpniu 1998 petriera w odskoku przeciągnęła dwa 750-kilogramowe bloki cementowe 33 cm do tyłu i 23 cm w bok, a przy okazji rozpadło się łoże.” Rozumiem, że wygodnie było Panu tego nie zauważyć, ale kłamać, że pisałem w ogóle o czym innym, to już co innego. Nie będę odsyłał Pana na kurs „czytania ze zrozumieniem”, ponieważ jest oczywiste, że ominięcie było z Pana strony celowe.
Opisy (tyle że rzadkie, ponieważ nikt wtedy nie uważał oczywistości za rzecz godną częstego roztrząsania) takiego zachowania dział zbyt lekkich (w stosunku do kalibru) we wcześniejszych epokach też istnieją – komu innemu poleciłbym XVI-WIECZNĄ autobiografię angielskiego wiceadmirała Williama Monsona pt. „Monson Tracts”, ale rozumiem, że w stosunku do Pana, to daremny trud. XVI wiek i XVI wiek to przecież „inne sprawy”. Nie warto Panu szukać, czytać i analizować, ponieważ wystarczy „dociekliwość i staranność w badaniu spraw z przeszłości” bez ich znajomości.
A propos długości - w XVII w. wenecki ludwisarz Sigismondo Alberghetti zaprojektował i nadzorował wykonanie specjalnych, dość długich dział, które w służbie na weneckich okrętach strzelały granatami, kulami pustymi, kulami pełnymi i KULAMI KAMIENNYMI. Weneccy artylerzyści, konstruktorzy i admirałowie zgodzili się, że „działa BYŁY ZBYT LEKKIE, co redukowało prędkość strzelania PONIEWAŻ przy strzelaniu NIE BYŁY STABILNE NA SWOICH LAWETACH”. No, ale oni pisali „o czym innym”, jasne.
Z mojego artykułu wywnioskował Pan, że wszystkie działa kamienne musiały być długie, „porównywalne długością do ówczesnych kanon strzelających pociskami żeliwnymi, osadzone na lawetach zbliżonych konstrukcyjnie i wymiarowo, lub nawet identycznych do lawet kanon”. Jest to oczywista nieprawda – ja akurat skupiłem się na takich, ponieważ przed odkryciem Mary Rose opisywano przede wszystkim krótkie i bardzo krótkie działa kamienne, więc te długie wydały mi się znacznie ciekawsze. Sprawa jest i tak bez znaczenia, ponieważ – jak podkreśliłem – w żadnych Pańskich wzorach nie ma długości, a zjawisko dotyczy MAS. W XVII w. Holendrzy i Anglicy odlewali działa typu „drake”, które mogły mieć (i często miały) IDENTYCZNĄ DŁUGOŚĆ jak kanony, ale były dużo lżejsze – doświadczyli tej samej gwałtowności odrzutu i ją opisywali, a nawet zostali ZMUSZENI do przekonstruowania lawet, aby to zjawisko zmniejszyć. Oczywiście działo kamienne o tej samej MASIE co działo strzelające pociskami żeliwnymi będzie zachowywać się prawie identycznie (przy takim samym ładunku miotającym) jak ono, bowiem rzecz nie polega na materiale kuli (może nie do końca, tyle że zupełnie odwrotnie, niż się Panu wydaje), lecz na MASIE działa względem wielkości ładunku miotającego.
Liczne przykłady zachowały się w opisach ŚWIADKÓW Z EPOKI (niektóre wymieniłem wyżej). Ja ich ani nie wymyśliłem, ani nie odkryłem czy opisałem jako pierwszy na świecie. Nie miałem więc żadnego powodu, by czuć się „osobiście dotknięty” gdyż „oparł się Pan o mój artykuł” (potrzebny kurs z gramatyki?). Nie roszczę sobie praw autorskich do zjawisk OPISYWANYCH OD XVI WIEKU, na które współcześni badacze (tyle że akurat nie w Polsce) zwrócili uwagę na dekady przede mną. Czuję się „dotknięty” wypisywaniem bzdur w książce przeznaczonej dla szerokiego czytelnika, czegokolwiek by one nie dotyczyły.

„Pan Gerlach przypomniał nam, że zasada zachowania pędu mówi: suma pędów w układzie zamkniętym jest równa zeru. Bez trudu natomiast można znaleźć w podręcznikach i encyklopediach, że zasada zachowania pędu mówi:
- suma wektorów wszystkich elementów układu izolowanego pozostaje stała,
- jeśli na układ nie działają siły zewnętrzne, to całkowity pęd układu jest stały.
Pęd układu izolowanego jest stały, może być zerowy ale nie musi – jest to zasadnicza jednak różnica definicji jeśli kogoś się poucza. Układ działo–ładunek prochowy-kula przed wystrzałem jest układem zamkniętym o zerowym pędzie wobec pokładu. Pędy poszczególnych elementów układu i całego układu przed wystrzałem są zerowe bo prędkości są zerowe.”

Czyli – ja przyjąłem milcząco pęd zerowy, jako oczywisty dla rozpatrywanego przypadku, Pan rozwlekle uzasadnił, że faktycznie był zerowy. Czemu więc ma służyć ten popis obrażonej dumy? Czyż innym czytającym nie przypomina to jako żywo kalki z przepięknego fragmentu Pańskiej książki, gdzie stwierdza Pan „Jak widać autorzy rysunków założyli, że >Pelican< był galeonem, co jest prawdopodobne, ale nigdzie nie potwierdzone [...]. >Golden Hinde< to najprawdopodobniej [...] galeon” ?!!!

Pęd kuli w momencie opuszczanie lufy Pk = F x t, gdzie: F –siła parcia gazów prochowych, t – czas przejścia kuli przez lufę”.
OTÓŻ NIE „Panie Radczuk”. ILOCZYN SIŁY I CZASU I JEJ DZIAŁANIA TO POPĘD, A NIE PĘD. Ale dla układu, w którym pęd w początkowym momencie zadziałania popędu, czyli impulsu siły, był równy zeru, liczbowo to się zrówna, więc na wartość obliczeń nie wpłynie.

F = Pk/ t. Praca wykonana na przepchnięcie kuli przez przewód lufy Wk = F x s, gdzie: s – droga kuli w lufie = V średnie x t. V średnie = 1/2 Vk, prędkość kuli rośnie od 0 do Vk”.
OTÓŻ NIE „Panie Radczuk”. Prędkość kuli rośnie oczywiście od zera do prędkości końcowej ale w XVI-wiecznym dziale wcale nie liniowo (przyspieszenie nie było stałe), więc średnia prędkość bynajmniej nie wynosi połowy prędkości końcowej. Dla ułatwienia obliczeń przyjmijmy jednak, że tak było, jak Pan chciałby.

Kilka dalszych linijek Pańskich obliczeń sobie darujmy, ponieważ są równie słuszne jak trywialne i prowadzą nas do rewelacyjnego wzoru na energię kinetyczną ciała poruszającego się ruchem postępowym.

Nie wzory na energię kinetyczną (kuli i działa) są więc fałszywe. FAŁSZEM JEST ZAŁOŻENIE, ŻE TE ENERGIE SĄ SOBIE RÓWNE!!! Zasada zachowania energii mówi o czymś zupełnie innym – wskazałem na to już w recenzji, ale Pan nadal tej zasady nie zna i oczywiście znać nie chce. Gdybyśmy ograniczyli się tylko do energii kinetycznej, działo nie miałoby prawa w ogóle wystrzelić, ponieważ na początku energia kinetyczna układu jest równa zeru, więc musi pozostać zero. Pańskie mniemanie, że jak mam energie kinetyczne dwóch ciał poruszających się w przeciwnych kierunkach, to one się ZNOSZĄ, jest właśnie popisaniem się znajomością fizyki poniżej szkoły średniej. Bez względu na kierunek ruchu ciał, obie te energie się DODAJĄ! A skąd się wzięły? Otóż z przemiany energii wiązań chemicznych prochu na energię gazów prochowych po wybuchu. To całkowita energia gazów prochowych równa się sumie energii nadanej pociskowi i energii nadanej działu (jeśli pominiemy oczywiste i w XVI w. bardzo duże straty). Czyli to energia chemiczna zmieniła się w energię kinematyczną, której w układzie wcześniej w ogóle nie było!
Natomiast w układzie zamkniętym, w którym siła parcia gazów prochowych powoduje wyrzucenie kuli o konkretnej masie w jedną stronę, z określoną prędkością wylotową, a równocześnie odrzucenie w drugą stronę działa o innej masie i z inną prędkością, DZIAŁA ZASADA ZACHOWANIA PĘDU, pozwalająca przy znajomości tych mas wyliczyć sobie stosunek PRAWDZIWYCH prędkości.

Zatem pomimo Pańskich ciekawych myśli, jak to „dla pana doktora inżyniera Gerlacha prawo zachowania energii i zasada zachowania pędu to dwa odrębne światy, dla mnie prostego inżyniera nie”,
prawda jest taka, że dla „pana doktora inżyniera Gerlacha” zasada zachowania energii i zasada zachowania pędu, NALEŻĄ DO JEDNEGO ŚWIATA, a jest to świat, który opisują prawa FIZYKI. Dla pana inżyniera Radczuka, też należą do jednego świata, tylko jest to ŚWIAT FANTAZJI.

Z Pańskiego fałszywego wzoru w książce dla przykładu pierwszego otrzymał Pan stosunek prędkości 1,889, a z wzoru prawidłowego 1,427. Z Pańskiego fałszywego wzoru w książce dla drugiego przykładu otrzymał Pan stosunek 2,280, a z prawidłowego – 1,733. Zdumiewające, że rozbieżności na poziomie 32% nie skłoniły Pana ani do refleksji, ani do zaznajomienia się wreszcie z zasadą zachowania energii – skoro Pan poleca mi kursy, to może ja mógłbym polecić Panu jakiś podręcznik do fizyki?

Popełniłem tylko jeden błąd logiczny porównując prędkości odrzutu poszczególnych typów dział, ulegając tezom, iż duża prędkość odrzutu dział kamiennych powoduje problemy z nimi”.
Otóż nie „Panie Radczuk”. Żadnych takich tez nie było i nie ma. To Pan uparcie wraca wkoło do swoich teoryjek o dominującym wpływie prędkości końcowej działa na analizowaną sytuację, co zaraz zobaczymy niżej. Natomiast od XVI w., kiedy zjawisko gwałtownego odrzutu lekkich dział zaobserwowano i OPISANO, poprzez wszystkie wieki, po dzień dzisiejszy, ze współczesną aparaturą naukową, wszyscy jednoznacznie przypisują to WIELKIM PRZYSPIESZENIOM, czyli gwałtowności przyrostu prędkości.

Czyli prędkość odrzutu kanony jest prawie dwa razy większa niż petriery strzelającej kulami kamiennymi. I co Pan na to Panie Gerlach, jakoś liczby nie chcą potwierdzić Pana poglądów?”
Ja na to „Panie Radczuk” odsyłam na kurs czytania ze zrozumieniem. Napisałem BARDZO WYRAŹNIE już w recenzji, że „W następnej części wyjaśnię, jakie zjawiska dynamiczne i wytrzymałościowe są naprawdę odpowiedzialne za „dzikie’ zachowanie wszelkich typów lekkich dział (ponieważ nawet prawidłowo wyliczona prędkość odrzutu ma tu minimalne znaczenie!) i niszczenie przez nie mocowań.” Nigdzie nie twierdziłem, że po prawidłowym wyliczeniu te stosunki prędkości się odwrócą! Podkreśliłem za to, że chodzi o rzecz PRAWIE BEZ ZNACZENIA, ponieważ fizyka zjawiska opiera się zupełnie na czym innym.
Następnie w 45 linijkach tekstu wypełnionego wzorami i liczbami WYJAŚNIAM na czym polegał problem. Nie wiem, czy Pan tego nie zauważył czy nie zrozumiał – dla wyniku rzecz obojętna. LICZBY ZDECYDOWANIE POTWIERDZAJĄ to, o czym pisałem „Panie Radczuk”. A że nie te liczby, które Panu się błędnie wydają kluczowe – trudno.

Ta strona ze wzorami i liczbami to też komentarz to Pańskich licznych uwag jak to „W ogóle wydaje mi się bardzo dziwne u pracownika naukowego wyższej technicznej uczelni tak staranne unikanie dokonywania własnych analiz i obliczeń, rysunków konstrukcyjnych wyjaśniających niezrozumiałe, lub dziwne zagadnienia”, „Awersja pana doktora inżyniera do matematyki jest faktycznie szczególna.” Natomiast co do rysunków konstrukcyjnych – faktycznie uznałem, że dla tak bardzo słabej pracy, jak Pańska, nie będę się fatygował. Czy ich unikam, podobnie jak wyjaśniania „niezrozumiałych” zagadnień – niech Pan sobie poczyta (albo chociaż poogląda bez czytania) na tym forum któryś z artykułów tematycznych np. o „Okrętowych maszynach parowych”, „Takielunku dwumasztowców”, „Technik refowania na dawnych żaglowcach”, a nawet recenzje WARTOŚCIOWYCH prac, jak artykułu Pani Pastorak (patrz „Uwagi o De Zeven Provincien”). Rozumiem, że przy Pana megalomanii nie będzie Pan do tego zdolny, ale inni zaglądający na forum zrozumieją nasze stanowiska bez dalszych słów.

W ogóle wydaje mi się bardzo dziwne u pracownika naukowego wyższej technicznej uczelni [...] opieranie się bezkrytycznie wyłącznie na czyichś tekstach i rysunkach, byleby były stare, pochodziły z zagranicy i sygnowane były przez uznane autorytety.”
Horrendalne, że autor piszący o historii, w ogóle nie wie, co to są źródła! Przytoczyłem masę obrazów, nazw i faktów (nie będę teraz robił wyliczanki, ponieważ każdy może sobie recenzję przeczytać i policzyć) PROSTO Z DOKUMENTÓW Z EPOKI. Można oczywiście ubolewać, że w Polsce nie chciano tworzyć traktatów szkutniczych ani wysyłać karak do Chin, więc nie można skorzystać ze źródeł polskich. „Uznane autorytety” przytaczałem (tylko czasami) w drugiej kolejności, aby rozwiać wśród INNYCH czytających (dla których była ta recenzja) ewentualne złudzenia, że jest na świecie KTOKOLWIEK, kto podziela Pańskie zdanie. Jeśli Pan nie rozumie, co oznacza PODPIS TWÓRCY z XV czy XVI w. na swoim dziele, o którym Pan dyskutuje, to dalsze poruszanie tej kwestii staje się bezprzedmiotowe.

Jeszcze tylko kila słów na temat prędkości wylotowych kul. P. Gerlach wie jakie były, ale nie poda, bo nie. W tym momencie to i tak jest bez znaczenia, gdyż to co wie dotyczy, jak sam podaje, dział z XVIII i XIX w., a więc nie dział z XVI w. Ja też nie wiem jakie były prędkości wylotowe kul z dział kamiennych i tzw. żelaznych w XVI w., ale myślę, że bezpiecznie założyłem, iż kule kamienne miały trzykrotnie niższe prędkości niż żeliwne, gdyż... Zatem założenie, że kule kamienne miały tylko trzykrotnie mniejszą prędkość jest bardzo optymistyczne (prawdopodobnie jeszcze niższą) [...]”.
W XVI w. nie umiano jeszcze mierzyć prędkości wylotowych pocisków, więc żadnych danych z epoki nie znajdziemy. Drogi do ich ustalenia mogą być dwie – można je wyliczyć na drodze teoretycznej, dysponując wiedzą z balistyki (napisać, że daleko przekraczającą Pańską, byłoby eufemizmem); można też zbudować wierną replikę takiego działa z użyciem WSZYSTKIEGO identycznego jak w dawnych wiekach i dokonać pomiarów korzystając ze współczesnej wiedzy i aparatury naukowej. Dla innych nie muszę dodawać, że jeśli praktyka nie zgodzi się dokładnie z teorią, za prawdziwe przyjmuje się dane eksperymentalne.
Wspomniałem wyżej o zespole znakomitych naukowców brytyjskich, którzy korzystając z zabytków wydobytych z Mary Rose takie działa odlali i przeprowadzili za ich pomocą wiele próbnych strzelań. Strzelając z kolubryny żeliwnymi pociskami o średnicach 127-140 mm z użyciem ładunków miotających o masie 1,25-2,16 kg, uzyskali prędkości wylotowe (przy zerowym kącie podniesienia) od 130,5 do 199 m/s. Strzelając z DŁUGIEGO foglerza kulami kamiennymi o średnicy 155 mm z użyciem ładunków miotających o masie zaledwie 0,66-1,7 kg, uzyskali prędkości wylotowe 141-338 m/s.
Jak widać, nie tylko ZNAM prędkości wylotowe dział z pierwszej połowy XVI w., ale jeszcze WIEM, że Pańskie wyliczenia i szacunki NIE MAJĄ Z RZECZYWISTOŚCIĄ NIC WSPÓLNEGO. Pan „pisze o artylerii z XVI w.”? Nie, Pan o niej fantazjuje!
Ale niech Pan dalej ignoruje stan faktyczny, ponieważ na tym przecież polega Pańska metoda „dociekliwości i staranności w badaniu spraw z przeszłości”. Innym wystarczą z pewnością dane, które podałem.

2. Awersja pana doktora inżyniera do matematyki jest faktycznie szczególna. Chcąc w swoim stylu ośmieszyć postawioną przeze mnie tezę popartą konkretnymi wyliczeniami wytrzymałościowymi z jakiego powodu poszycie zakładkowe zostało wyparte przez karawelowe, woli zasypać czytelnika informacjami słownymi o publikacjach zachodnioeuropejskich, nie publikowanych w Polsce, a więc trudnych do zweryfikowania przez przeciętnego czytelnika, niż policzyć samemu i powiedzmy udowodnić matematycznie, że nie mam racji. Obliczenia wytrzymałościowe to chleb powszedni dla inżyniera mechanika, ale okazuje się nie każdego.”
Nie wiem znowu, czy bardziej podziwiać kulturę po wielu kursach, czy umiejętność czytania ze zrozumieniem.
Napisałem wyraźnie (jak się okazuje – nie dla każdego): „Siak czy owak strzałka ugięcia jest odwrotnie proporcjonalna do momentu bezwładności, a ten niewątpliwie ma sporo większą wartość dla deski giętej w ustawieniu skośnym (przy takich proporcjach boków i takim położeniu jak przyjęte w modelu). Zmiana osi nie zmieniłaby tego stanu rzeczy i tu pan Radczuk słusznie podnosi kwestię większej siły potrzebnej do gięcia klepek skośnych na całkiem pionowej burcie, jeśli uprzemy się zginać je idealnie prostopadle do osi wzdłużnej okrętu.”
To, co w Pana wzorach było fałszywe, jak zapis funkcji cosinus, i to co było wątpliwe – jak przyjęcie osi gięcia - już wyeksponowałem. To chyba najlepiej świadczy o dokładnym przestudiowaniu mimo „awersji do matematyki” i „nieumiejętności obliczeń wytrzymałościowych”. Resztę wzoru uważam za słuszną (co napisałem!), więc po kiego licha miałbym wypisywać inny? Aby popisać się Pańską megalomanią czy „dociekliwością”?
W dalszym ciągu zaproponowałem „udowodnienie matematyczne”, że nie ma Pan racji (mimo prawidłowego wzoru), ale najwyraźniej nie jest Pan w stanie go zrozumieć. Recenzja nie jest miejscem na uczenie kogoś podstaw, ale raz zrobię wyjątek i pofatyguję się pokazać rzecz na rysunku [co prawda z powodu problemów z serwerem jego kopia zdaje się będzie potwornie zminiaturyzowana, ale może da się z tym coś zrobić w przyszłości].
[link widoczny dla zalogowanych]
Opisany przez Pana przypadek (zilustrowany przeze mnie po lewej dla obu wersji ustawienia klepki), na kadłubie holka z połowy XV w. plasuje się w miejscu I, czyli w rejonie linii wodnej. Jeżeli założyć gięcie z siłą o kierunku działania dokładnie równoległym do LW (zatem w płaszczyźnie poziomej), wszystko się zgadza. Moment gięcia klepki poszycia zakładkowego będzie c.1,6 razy większy od gięcia klepki poszycia karawelowego. Jeśli jednak zejdę niżej (miejsce II) i nadal będę się bezmyślnie upierał, aby giąć wszystko siłą poziomą, to klepka poszycia karawelowego ustawi się względem utrzymanej osi gięcia pod większym skosem, zatem będzie miała większy moment bezwładności i łatwiej będzie zgiąć ustawioną teraz prawie równolegle do osi gięcia klepkę poszycia zakładkowego. Ponieważ jednak przy dalszym schodzeniu w kierunku stępki doszlibyśmy przy takim kierunku działania siły gięcia do absurdu (wektor A’), nie podejrzewałem nawet Pana o taką koncepcję. Rozpatrzmy zatem przypadek III, czyli pierwszej klepki od dołu, która przestaje leżeć na styk, a zaczyna być na zakładkę (koga bremeńska jasno dowiodła takiej konstrukcji, ale może to jest ta tajemnicza „translacja spraw z przeszłości w czasy obecne, która nie przystoi pracownikowi naukowemu”?). Aby utrzymać ważność wyprowadzonego przez Pana wzoru, trzeba by giąć tę klepkę wzdłuż wektora A” (na powiększeniu siła GF, oś gięcia OF-OF). ALE TAK TEGO NIE ROBIONO! Oczywiście gięto ją siłą Grz, z osią gięcia Orz-Orz. W takiej sytuacji SIŁA GIĘCIA NIE BYŁA O BILIONOWĄ CZĘŚĆ NIUTONA większa niż w przypadku gięcia klepki leżącej płasko (oczywiście względem innej osi), a Pański model, poprawny formalnie, NIE OPISUJE RZECZYWISTEJ SYTUACJI, ponieważ za każdym razem obowiązuje wzór u Pana opisany jako B.

3. „Kolejny wielki zarzut pod moim adresem to taki, że opieram się na publikacjach, które ukazały się w Polsce i, że nie znam literatury obcojęzycznej w tym temacie. Jest to fakt, z którym się jednak nie kryłem ani we „Wstępie”, ani w „Bibliografii”. Nie przypuszczam żeby pan Gerlach znał całą literaturę z kręgu kultury europejskiej w tym zakresie, czy ktokolwiek inny. Stawianie więc w złośliwej formie tego rodzaju zarzutu jest kuriozalne, gdyż każdemu można postawić zarzut, że jakiejś pozycji, czy faktu nie zna.”
Kolejne wielkie niedostatki rozumowania. Jeśli się pisze książkę czy artykuł, ODPOWIADA SIĘ ZA TO CO SIĘ NAPISAŁO. Każdy popełnia błędy, ale też każdemu można i należy je wytknąć. Pan nie tylko popełnił OGROMNĄ ilość błędów - a większość z nich z powodu prawie zerowego oczytania w literaturze przedmiotu i znikomej „znajomości artefaktów” – ale na dodatek pozwolił Pan sobie na złośliwe filipiki wobec osób piszących PRAWDĘ. Każdy autor zawsze ma jakieś obszary niewiedzy. Ale normalny autor nie wymądrza się wtedy w stosunku do tych, którzy coś w tych dziedzinach liznęli, tylko uczciwie przyznaje, że nie jest w stanie tym wątkiem się zająć, albo w ogóle pomija go milczeniem. Jeśli o historii rozwoju okrętów nie wie Pan prawie nic z powodu braku dostępu do literatury, to niechże Pan nie pisze książek o swojej ignorancji! Oczywiście, że ja też nie znam CAŁEJ literatury przedmiotu i jasne, że KAŻDEMU zdarza się popełnić błąd. Ale nikt nie twierdzi, że błędu nie ma, „ponieważ przecież pisałem, że nie czytam wszystkiego”. Jeśli kiedyś podałem fałszywą datę śmierci adm. Graviny, to nie usprawiedliwia mnie to, że „nie wszystko znałem”. Zawierzyłem źródłu, ale to MÓJ BŁĄD, ponieważ nikt mi nie kazał ani pisać tego artykułu, ani podawać faktu, którego nie sprawdziłem wystarczająco wszechstronnie. Gdyby Pan pisał samą prawdę, nikt by nie dociekał, co Pan czyta. Ja nie zarzucam Panu, że nie zna Pan podstawowej literatury przedmiotu, tylko to, że brak tej znajomości nie przeszkadza Panu pisać książek i pozwala formułować JEDNĄ FAŁSZYWĄ TEZĘ PO DRUGIEJ!
Czytając TYLKO polskie prace mógłby Pan (od biedy) napisać nienajgorszą książkę o historii rozwoju POLSKICH okrętów do końca XVI w. Jeśli się jednak ma ambicję pisania o rozwoju żaglowców w całej Europie Zachodniej i Północnej, to trzeba czytać maksymalnie dużo, a przede wszystkim sięgać do źródeł! Nie czytanie NICZEGO źródłowego, ponieważ inni na pewno nie przeczytali WSZYSTKIEGO, to dopiero jest kuriozum!

5. „Książka moja nie ma aspiracji pracy naukowej, jak uparcie stara się imputować mi pan Gerlach, lecz jest pozycją popularno-naukową, napisaną przez hobbystę w tej dziedzinie, ale nie tylko – zainteresowań mam znacznie więcej. Moja droga zawodowa to też zupełnie inne dziedziny.”
Żeby to Panu „imputować”, musiałbym sam uwierzyć, że czytając tak nieprawdopodobne dzieło, podejrzewałem je przez moment o naukowość!!! Naprawdę w którymś miejscu recenzji dałem to do zrozumienia i na dodatek „uparcie”?!? Jeśli tak, to pokornie przepraszam – przez myśl nie przeszła mi taka interpretacja. Prace popularno-naukowe różni od naukowych styl narracji i użyty aparat badawczy, ale NIE MA USPRAWIEDLIWIENIA DLA PISANIA BZDUR i podawania fałszywych informacji. Chyba że to powieść albo literatura fantasy – jeśli tak było, należało to zaznaczyć, a nie podawać długiej listy osób, które powinny się od Pana uczyć.
Uwagi o tym, że ma Pan też inne zainteresowania nie rozumiem – ja też, ale czy z tego coś wynika?

Zaleca Pan mi nie tylko, co już wiemy, „ większą dociekliwość i staranność w badaniu spraw z przeszłości”, ale też „nie skupianie się tylko na ich translacji w czasy obecne – to nie przystoi pracownikowi naukowemu.”
Pańska troska o mnie rozczula, a znajomość tego, co „przystoi pracownikowi naukowemu” wprawia w podziw. Co ma znaczyć dziwoląg „o translacji spraw z przeszłości w czasy obecne” nie jestem pewny (ach ten brak kursów!), ale jeśli ma Pan na myśli przyjęcie Pańskiej „metody badawczej”, czyli totalne ignorowanie wszystkich źródeł z epoki i filozofowanie sobie w oderwaniu od faktów i z pogardą dla rzeczywistości – to Pańskiego „zalecenia” nie przyjmę.

Napisał Pan pracę BARDZO ZŁĄ, ponieważ wypełnioną ogromem błędów. Musiała się więc spotkać z recenzją zdecydowanie negatywną. Natomiast sposób sformułowania tej recenzji wyniknął z faktu, że podał Pan to wszystko w koszmarnie MEGALOMAŃSKIM stylu i z AROGANCJĄ w stosunku do badaczy i rekonstruktorów mających zdecydowanie większą od Pańskiej wiedzę. Uwagi typu „popisuje się bezmyślnością i niewiedzą”, „autor popełnił kilka kardynalnych błędów”, „bzdura totalna!”, kiedy to właśnie Pan drastycznie mija się z prawdą, wymusiły odpowiedź adekwatną do Pańskiej formy pisania.
Krzysztof Gerlach


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kossakowski




Dołączył: 27 Mar 2011
Posty: 28
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 15:07, 02 Mar 2014    Temat postu:

Cytat:
Ja też nie wiem jakie były prędkości wylotowe kul z dział kamiennych i tzw. żelaznych w XVI w., ale myślę, że bezpiecznie założyłem, iż kule kamienne miały trzykrotnie niższe prędkości niż żeliwne, gdyż wytrzymałość na ściskanie kamienia to zaledwie:
- piaskowce ̴ 60 MPa ̴ 6,12 KG/mm²
- wapienie ̴ 160 MPa ̴16,32 KG/mm²
- granity ̴ 220 MPa ̴ 22,43 KG/mm̴²
a wytrzymałość na rozrywanie jest dla kamienia nawet kilka, kilkanaście razy razy mniejsza, załóżmy 10 razy mniejsza.
Wytrzymałość na rozrywanie żeliwa szarego to ̴ 22 KG/mm², czyli 10 razy większa od granitu i odpowiednio większa na ściskanie. Zatem założenie, że kule kamienne miały tylko trzykrotnie mniejszą prędkość jest bardzo optymistyczne ( prawdopodobnie jeszcze niższą ) i opiera się na rozumowaniu, że ówczesne działa, patrząc na jakość brązów, kutej stali, a tym bardziej lanego żeliwa oraz dokładność obróbki otworów lufowych nie dopuszczały dużych szybkości również dla kul żeliwnych.


Nie jestem pewien czy maksymalne ciśnienie w lufie armaty było ograniczane przez wytrzymałość pocisku. Powiedziałbym, że znacznie większą rolę pełni tutaj jakość materiału, z którego zrobiono armatę. Zwłaszcza, że kula musiała przeżyć wystrzał zaledwie raz, natomiast lufa pracuje już zmęczeniowo. Przy ówczesnej jakości odlewnictwa przyjęcie wytrzymałości na rozciąganie żeliwa szarego na poziomie 200MPa to dosyć optymistyczne założenie. Najbardziej poślednie dziś użytkowane ma 150MPa, ale nawet ono nie będzie miało tylu wad wewnętrznych co dawne.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Recenzje Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin