Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna www.timberships.fora.pl
Forum autorskie plus dyskusyjne na temat konstrukcji, wyposażenia oraz historii statków i okrętów drewnianych
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Pancerna karaka i chaos nazewniczy
Idź do strony Poprzedni  1, 2
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Recenzje
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 4238
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 7:27, 22 Lut 2018    Temat postu:

Na dodatek metoda kompilacji prowadzi do dzielenia się z czytelnikiem sprzecznymi informacjami. Czerpiąc z dzieła wynoszącego pod niebiosa szpitalników, Andrzej Zieliński przypisuje im pierwszeństwo we wprowadzeniu armat na okręty (str.68). Ale potem natrafia na pracę o wybitnie nowoczesnej armii i flocie tureckiej i nagle się dowiadujemy, że "pierwsze moździerze i działa ładowane od tyłu oraz armaty na lawetach zostały zastosowane właśnie w armii i FLOCIE OSMAŃSKIEJ" (str.89). Odkładając na chwilę zmierzenie się z tymi "pierwszymi moździerzami i działami ładowanymi od tyłu", zwróćmy uwagę, czego dowiadujemy się z drugiej części zdania razem z danymi wcześniej przytoczonymi? Otóż tego, że joannici swoje działa okrętowe trzymali cały czas pod pachą, albo co najwyżej kładli na widełkach, bo przecież lawet mieć nie mogli, skoro oni byli pierwsi z armatami, ale Turcy z lawetami do nich. W sumie - rzecz jasna - brednie.
Turcy byli o około 60 lat opóźnieni w stosunku do Europejczyków z zachodu we wprowadzaniu broni palnej, natomiast istotnie od XV w. bardzo rozwijali swoją artylerię, szczególnie oblężniczą. Strzelali z niej skutecznie do europejskich okrętów, ale z lądu. Najlepsza, najbardziej gruntownie rzecz rozpatrująca i maksymalnie "proturecka" praca na ten temat (Gabor Agoston "Guns for the Sultan", Cambridge 2005) stwierdza, że naprawdę nic nie wiemy o początkach używania przez Turków dział na swoich okrętach [późniejsi kronikarze i historycy tureccy z wielkim zapałem przypisywali po setkach lat swoim przodkom czy domniemanym przodkom wszystkie zdobycze cywilizacji, dokładnie tak jak przedstawiciele narodów Europy własnym rodakom], aczkolwiek są przesłanki, że mogło to być w pierwszej połowie XV w.; na pewno było w drugiej. Wzorowali się na Hiszpanach i Wenecjanach, zatem nie byli pierwsi, chociaż istotnie już w 1488 r. całkiem sporo lekkich armat stanowiło uzbrojenie tureckich jednostek wiosłowych.
Banialuki o wymyśleniu przez Turków lawet są żałosne, aczkolwiek nie wzięły się całkiem z sufitu. Kwestia nie dotyczy jednak wcale łóż armat okrętowych - wspomnę tu tylko, że znamy blokową lawetę okrętową z Wenecji z 1460 r. i hiszpańską lawetę kołową z 1470 r. Po prostu w 1473 r. Osmanowie w jednej ze swoich kampanii lądowych użyli na dużą skalę i w sposób wysoce zorganizowany lądowych lawet kołowych (oraz specjalnych zaprzęgów do nich) dla transportu artylerii na znaczną odległość. Właśnie pod względem organizacyjnym rzeczywiście wyprzedzili Europejczyków - stosujących armatnie łoża blokowe od początku XV w. i znających lądowe lawety na wielkich kołach najpóźniej około 1470 r. - o blisko ćwierćwiecze.
"Pierwsze moździerze... zastosowane właśnie w armii i flocie osmańskiej, szczególnie groźne, bo siejące spustoszenie na pokładach atakowanych jednostek" (str. 89), są znowu echem odgłosów z dzwonu, o którym autor pierwotnego opracowania na ten temat niestety nie wiedział, gdzie dzwoni. Turcy faktycznie mieli wielkie i ciężkie moździerze bardzo wcześnie, zaszokowali Europejczyków skutecznością tej broni podczas oblężenia Konstantynopola w 1453 r., co skłoniło nawet wielu europejskich autorów do przypisania im roli wynalazców. Nie musi to być prawda, skoro wiemy o Wenecjanach strzelających "bombami" już w 1376 r., jednak dla artylerii okrętowej kwestia i tak nie ma znaczenia. Pociski z moździerzy były bardzo groźne dla drewnianych okrętów, chociaż wcale nie dlatego, że "siały spustoszenie na pokładach atakowanych jednostek". Dobrze wymierzona od rufy lub dziobu kula, przelatująca wzdłuż całego pokładu, "siała spustoszenie" znacznie większe niż granat. Paolo Giovio tak opisywał bitwę z 1528 r. koło przylądka Orso: "Hrabia Filipo wystrzelił do przeciwnika ze swego najcięższego działa... Ogromna kula przebiwszy się przez ostrogę i forkasztel ze straszliwą rzezią ludzi, przeszła od dziobu do rufy z taką gwałtownością, że już zabiwszy ponad trzydziestu żołnierzy i marynarzy, powaliła wielu dostojnych ludzi na pokładzie rufowym, przez co markiz Vasto i Don Ugo de Moncada zostali obryzgani ich krwią i wnętrznościami...". Przy moździerzach chodziło to, że spadający z góry pocisk wielkiego kalibru mógł przebić się aż do stępki (zwłaszcza na lekko budowanych galerach!) i zatopić okręt nawet gdyby nie wybuchł, zaś eksplozja w ładowni, w rejonie magazynu prochu, też pociągnęłaby za sobą katastrofalne skutki. Poza tym wybuchające bomby zagrażały drewnianym jednostkom pożarem. W połowie XV w. lekkie działka okrętowe mogły zabijać ludzi i uszkadzać takielunek, lecz wszystkie newralgiczne części jednostek pływających schowane były pod linią wodną (szczególnie na żaglowcach) i całkiem bezpieczne. Przed bombami z moździerzy już bezpieczne nie były. Dywagacje te nie zmienią faktu, że moździerze o ogromnej masie i wielkiej, prawie pionowo w dół skierowanej sile odrzutu stanowiły przede wszystkim zagrożenie dla okrętów z nich strzelających, łamiąc pokłady, na których je stawiano! Lecące w górę pociski zrywały najpierw własne liny i łamały maszty. Trzeba było poczekać do drugiej połowy XVII w., na wymyślenie przez Francuzów specjalnych moździerzowców, by użycie tej broni na pokładach jednostek pływających zaczęło mieć większy sens. A i tak, z uwagi na fatalnie niską celność moździerzy, kierowano je głównie przeciwko nieruchomym celom lądowym (wielkości miasta), a nie okrętom. Turcy strzelali z lądu z pewnym powodzeniem do okrętów, lecz pamiętajmy, że takich akwenów jak Dardanele czy Bosfor jest bardzo mało. Ogólnie rzecz biorąc, moździerze nie należały do normalnej artylerii okrętowej, ktokolwiek by ich nie wymyślił. Kiedy pod sam koniec XVII w. Osmanie wysłali ze Stambułu do Bagdadu 928 dział rozmaitych typów i wymiarów dla uzbrojenia flotylli w Shatt al-Arab, w grupie tej znajdowały się 4 (!!!) moździerze [Gabor Agoston, op. cit., str. 53]. Na przełomie XVII i XVIII w. z powodów w. wym., oczywistych dla każdego zorientowanego w technice okrętowej, nie raportowali o żadnym moździerzu w artylerii swoich galer i galeonów. Pisanie o nich w tym kontekście jest po prostu bez sensu. Niektórym autorom rozmiłowanym w słowach, a nie rozumiejących technicznej strony zagadnień, mylą się też z moździerzami krótkie działka relingowe dużego (jak na tę artylerię) kalibru, w typie foglerzy, zwane przez Hiszpanów morterete, a przez Wenecjan bombardelle, jednak mimo nazw ("moździerzyk") strzelające całkiem poziomo i to siekańcami, a nie pociskami wybuchającymi.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 4238
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 7:20, 23 Lut 2018    Temat postu:

Z kolei owe działa "ładowane od tyłu", w których Osmanie też mieli być niby pierwsi, to zapewne zwyczajne foglerze. Chyba że chodziło o wczesne bombardy, które bywały tej konstrukcji. Na okręty bombardy trafiły pod koniec XV w., ale wtedy już najprawdopodobniej ładowano je od przodu, co akurat na tym etapie rozwoju artylerii oznaczało postęp (!). W połowie XVI w. typ foglerza reprezentowały na okrętach także całkiem spore armaty (na słynnej karace Mary Rose z grubsza 6- do 19-funtowe). Jednak foglerze to przede wszystkim lekkie działka relingowe, znane zarówno dużo wcześniej (w Europie od początku XV w., używane na europejskich okrętach co najmniej od pierwszego ćwierćwiecza tamtego stulecia), jak i znacznie później (wykorzystywane przez Francuzów na żaglowcach do końca XVII w.), strzelające kulami ważącymi zwykle od 0,2 do 1 funta. Turcy niewątpliwie też wykonywali takie armatki, również już od XV w., i to w wielkich ilościach - np. prangi o pociskach mających masę około 0,33 funta. Była to pożyteczna broń do rażenia siły żywej i przydatna w miejscach, gdzie panowała ciasnota utrudniająca lub uniemożliwiająca ładowanie odprzodowe, lecz bez względu na to, kto ją wynalazł, nie oznaczała żadnej znaczącej rewolucji w uzbrojeniu okrętów.
Turcy imponowali w XV u XVI w. sprawnością swojej artylerii i ogromem używanych dział oblężniczych, więc zwrócenie na te fakty uwagi czytelnika przez pana Andrzeja Zielińskiego jest cenne. Jednak zbytnie uogólnianie znowu się mści. Na str. 16 czytamy, że w 1565 r. "główna siła ich floty inwazyjnej liczyła 130 świetnie uzbrojonych galer". Nikt nie neguje dobrego przygotowania materiałowego wyprawy przeciwko Malcie, lecz co to znaczy "świetnie uzbrojony"? Na czyim tle? Ze względu na dojście już sześć lat później do wielkiej i brzemiennej w skutki bitwy pod Lepanto, akurat ten okres w historii osmańskiej floty oraz flot jej przeciwników jest przebadany wyjątkowo skrupulatnie i szeroko (a mam tu na myśli prace naukowe, nie historyjki umoralniające). Przyjmuje się zgodnie, że średnio biorąc galery osmańskie były wówczas nieco słabiej wyposażone w artylerię niż galery chrześcijańskie, a galery korsarzy z Afryki Północnej jeszcze troszkę słabiej od osmańskich. Wynikało to z kilku przyczyn, z których najważniejsza polegała na preferowaniu odmiennej taktyki walki, z naciskiem na szybkość okrętów (wymagającą lekkości) i siłę oddziałów abordażowych. Z materiałów weneckich wydają się wynikać także niedostatki techniczne czy materiałowe osmańskiej artylerii okrętowej - mimo dzisiejszych zachwytów Gabora Gastona i innych, urzędnicy arsenału w Wenecji poinformowali w 1572 r. Radę Dziesięciu (odpowiedzialną wtedy za armaty Republiki), że 115 dział zdobytych niedawno na Turkach jest złej jakości, zbyt słabych - radzili je przetopić i odlać na nowo z dodaniem sporej ilości własnego metalu. Zbadanie w 1574 r. w Wenecji jedenastu armat osmańskich przechwyconych w 1571 r. wykazało, że wszystkie były lżejsze od weneckich tego samego kalibru. Zupełnie nie przekonuje tłumaczenie Niccolo Capponiego ["Victory of the West", London 2007, str.189] o specjalnym umieszczaniu przez Turków złych dział na galerach, aby dobre nie wpadały w ręce nieprzyjaciela (!), jednak już jego sugestia wiążąca lekkie, mało wytrzymałe armaty z taktyką walki galer (nie przewidującą długotrwałej kanonady, tylko krótkie "zmiękczenie" przeciwnika przed decydującym starciem wręcz) jest logiczna, a do tego dochodzi niezauważona przez niego możliwość wybierania takiej konstrukcji po to, by zwiększyć szybkość i manewrowość jednostek wiosłowych. Niezależnie jednak od tego, czy było to działanie świadome czy nie, pozostaje faktem nieco słabsze uzbrojenie galer osmańskich od chrześcijańskich w czasach bitwy pod Lepanto. Główna bateria na jednostkach tureckich i algierskich składała się z jednego do trzech ciężkich dział, uzupełnianych dwoma działkami relingowymi lub podobnymi; główną baterię na galerach genueńskich, florenckich, maltańskich, neapolitańskich, hiszpańskich, weneckich tworzyło trzy do pięciu dział, flankowanych działkami relingowymi w liczbie dwóch do dziesięciu (znacznie silniej uzbrojone weneckie galeasy pomijam) [zob. dokładne zestawienie u Capponiego str. 332]. Gabor Agoston podaje większe liczby dla jednostek osmańskich w 1488 r. (str.3), więc niewątpliwie stan rzeczy ulegał zmianom. Jednak pisanie o galerach tureckich wyruszających na Maltę w 1565 r. jako "świetnie uzbrojonych" (po to oczywiście, by pośrednio pochlebić obrońcom, skoro tak dzielnie i skutecznie oparli się im), nie ma najmniejszego sensu, bowiem nie chodziło o jakiś fikcyjny poziom bezwzględny, tylko względny. Zresztą następne "świetnie uzbrojone galery" przyprowadza potem również namiestnik Aleksandrii (str.127), więc wygląda na to, że chodzi po prostu o ulubiony zwrot pisarski, jak w przekomicznej książce Hansa-Otto Meissnera o żaglowcach Lapérouse'a, gdzie każda jednostka jest obowiązkowo "dobrze wyposażona" albo "w dobrym stanie".
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 4238
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 9:05, 24 Lut 2018    Temat postu:

Na str. 63 "Malty 1565" mamy niemal całkiem prawdziwe stwierdzenie, wymagające jednak komentarza, jeśli nie ma prowadzić czytelników do mylnych wniosków. Po osiedleniu się na Cyprze "wkrótce joannici stali się niekwestionowaną morską potęgą. Flota wojenna Zakonu panowała już nie tylko na Morzu Egejskim, ale również operowała stale na przybrzeżnych wodach Egiptu. Wzbudzało to ogromny niepokój władców Cypru...".
Zauważmy, że szpitalnicy przebywali na Cyprze (jako głównej swojej siedzibie, ponieważ mieli tam dobra i wcześniej i później) zaledwie około 15 lat. O ile ich aktywność korsarsko-piracka przeciwko państwom, z którymi Cypryjczycy chcieli żyć w pokoju i handlować, rzeczywiście musiała wyspiarzy niepokoić (chociaż dużo bardziej istotne było utworzenie przez nich państwa w państwie, niezależnego od władzy świeckiej - dokładnie tak jak państwo krzyżackie w Polsce, z równie potencjalnie groźnymi konsekwencjami), to potęgą morską w tym okresie się jeszcze nie stali. Do wyprawy mającej dać im wyspę Rodos i zapewnić przyszłość na parę stuleci zmobilizowali raptem dwie galery własne (góra cztery), dwie sprzymierzonych awanturników genueńskich oraz dwa do czterech transportowców. Odnotowane przez kroniki zwycięstwa morskie joannitów przypadają na lata 1314, 1319, 1320, 1334, 1344, 1365, 1441, 1444, 1472, 1480, 1503, 1510, a zatem dopiero z okresu, gdy władali już Rodos. Kawalerowie Rodyjscy byli faktycznie postrachem Morza Egejskiego i zajęli przejściowo wiele ziem w tamtym rejonie, więc można mówić o ich panowaniu nad okolicznymi wodami, lecz takie określenie jest zdecydowanie na wyrost w odniesieniu do joannitów z Cypru. Ważne jest też, by rozumieć kontekst tego panowania i proporcje. Szpitalnicy napadali na statki kupieckie i przejmowali ładunki drogich korzeni, miodu, wina i jedwabiu, rabowali tereny nadmorskie, zmieniali pobożnych pielgrzymów zmierzających do lub z Mekki w niewolników, łupili transportowce drewna, zboża i ryb, rozpraszali mniejsze eskadry korsarzy czy piratów, współdziałali z silniejszymi marynarkami w dużych operacjach, wymuszali okupy od osiadłej ludności itp., lecz ich własna flota rzadko kiedy przekraczała 12 galer. Największa liczba, jaką udało mi się znaleźć dla okresu, gdy byli Kawalerami Rodyjskimi, to 16 sztuk w 1365 r. Normalnie operowali wtedy tylko dwiema-czterema galerami (i około tuzinem jednostek wspomagających). W 1470 r. flota Zakonu walczyła w składzie 7 galer, 4 innych okrętów (dużych żaglowców?) i 6 mniejszych jednostek, ale już w latach 1470-1472 partycypowała w operacjach eskadry weneckiej na Morzu Egejskim zaledwie z 2 galerami. Gdy w 1502 r. szpitalnicy oddali na usługi floty Świętej Ligi trzy galery (obok "wielkiego okrętu" i barki), to do obrony wyspy została jedna galera! Oczywiście nie należy tego porównywać z ogromnymi flotami śródziemnomorskimi drugiej połowy XVI w., czyli z ówczesnymi setkami galer weneckich, osmańskich czy hiszpańskich, jednak i tak warto wiedzieć, że w XIV i XV w. floty silnych państw morskich albo koalicji mogły liczyć kilkadziesiąt do ponad stu jednostek. W 1344 r. połączone eskadry joannitów, króla Cypru i Wenecji osiągnęły stan 44 galer, ze znikomym liczebnie udziałem tych pierwszych. Kawalerowie Rodyjscy byli tak cenieni, że często proponowano im dowodzenie cudzymi okrętami i całymi flotami sprzymierzonych, lecz "panowanie" zakonników nad Morzem Egejskim polegało na sianiu postrachu i nieustannym nękaniu, a nie na potencjalnym konkurowaniu z państwami chrześcijańskimi czy rzeczywistej możliwości samodzielnego powstrzymania państwa tureckiego, urastającego stopniowo do roli potęgi. Interwencje u wybrzeży Egiptu albo odpieranie egipskich ataków też miały podobny charakter. W latach 1307-1480 joannitom sprzyjał brak centralnego, silnego ośrodka władzy w świecie islamskim i ogromne rozproszenie "Saracenów" na wiele zwalczających się organizmów. Ponadto nawet duże państwa nie widziały możliwości i nie wykazywały chęci do permanentnego wydawania pieniędzy na drogie floty. Jeszcze na początku XVI w. we wschodnim rejonie Morza Śródziemnego stałe marynarki miały tylko Wenecja, imperium Osmanów i właśnie Kawalerowie Rodyjscy. Później to się skończyło i o żadnej formie "panowania" nie można już było po 1523 r. mówić.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 4238
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 8:31, 25 Lut 2018    Temat postu:

Ciekawa implikacja łączy się z faktem wspomnianym na str.64/65: "Papież Klemens V specjalną bullą z 1308 roku zalecił jednocześnie Zakonowi sprawowanie stałej kontroli nad handlem europejskich kupców z Saracenami. Okręty z Rodos miały, zgodnie z nią, prawo do kontrolowania wszystkich ładunków europejskich kupców, bez względu na banderę, a w przypadku stwierdzenia, że statek przewozi materiały wojenne, konie lub niewolników, do przejęcia takiego statku wraz z całym ładunkiem na własność Zakonu". Pan Andrzej Zieliński nie kontynuuje tego wątku, co wobec objętości książki i jej podstawowej tematyki jest całkiem oczywiste i słuszne. Jednak sprawa miała ważne reperkusje nie tylko dla morskiego wymiaru zmagań Kawalerów Rodyjskich, więc w eseju (nie recenzji) nie zamierzam na tym poprzestać.
Bulla wydawała się na pewno papieżowi oraz szpitalnikom całkiem normalna i zgodna z prawem, tak jak oni je pojmowali. Papieże uzurpowali sobie władzę doczesną nad całym światem (i to nie tylko chrześcijańskim!), a chociaż wielu monarchów i innych dostojników europejskich miało powód, by te pretensje oficjalnie popierać, bardzo niewielu zamierzało faktycznie poświęcać w tym celu interes własny, własnych dynastii i wpływowych grup społecznych w krajach, którymi rządzili. Krwawe zmagania arcychrześcijańskich i arcykatolickich cesarzy, królów, książąt przeciwko papieżowi o zdecydowanie ziemskie, a nie niebieskie dobra, były na porządku dziennym. Republiki i monarchie toczyły wojny, zawierały sojusze i pokoje, chroniły własny handel. W okresach, w których Wenecja, Genua, Francja, cesarstwo rzymskie narodu niemieckiego, Sycylia itd. prowadziły wojnę ze wszystkimi muzułmanami, joannitów widziano jako bardzo pożądanych sojuszników. Ale świat islamu był rozbity i jego części też wzajemnie się zwalczały, więc dochodziło do zawierania przeróżnych pokojów i sojuszy. Dla republik włoskich wojna miała być tylko środkiem dla utrzymywania oraz zwiększania swoich przywilejów handlowych i w konsekwencji zysków, a nie do likwidacji jakiejś religii. W miarę mijania stuleci opanowanie i utrzymanie Ziemi Świętej też obchodziło coraz mniejszą liczbę Europejczyków. Bulla papieska zezwalająca Kawalerom Rodyjskim na atakowanie także chrześcijańskich statków bez względu na przynależność państwową oznaczała więc de facto usankcjonowanie pospolitego piractwa skierowanego przeciwko wszystkim, którzy chwilowo nie prowadzili polityki zgodnej z życzeniami papieża. Trudno, aby państwa znajdujące się w stanie pokoju i prowadzące normalny handel akceptowały takie postanowienie i wynikające z niego konsekwencje. Pisałem już wcześniej o bardzo ostrych reakcjach Wenecjan na atakowanie i konfiskowanie ich statków, więzienie pasażerów i kupców. Wenecja była na dodatek dość potężna, aby dawać zakonnikom bardzo mocno po łapach i zmuszać do oddawania łupów, niewiele przejmując się bullą. Słabsze organizmy mogły być w gorszej sytuacji faktycznej, jednak uświęcone przez papieża piractwo nie sprzyjało rozkwitaniu w tych krajach czy miastach miłości do bezwzględnych łupieżców morskich. Dokumenty z lat 1517-1520 zawierają pełno skarg Wenecjan, Florentyńczyków, Genueńczyków, mieszkańców Raguzy, Ankony na pirackie poczynania samych szpitalników oraz na wspieranie przez nich (z chciwości) wszelkich piratów europejskich. Dzisiaj historię Kawalerów spisują głównie czcigodni członkowie Zakonu, więc ten aspekt jest z reguły starannie pomijany. Tymczasem warto o nim pamiętać, gdy wylewa się łzy nad tym, jak to ten wstrętny i samolubny Zachód nie pospieszył wcale z pomocą obrońcom chrześcijaństwa wypieranym na początku XVI w. z ich siedziby na Rodos. Kawalerowie Rodyjscy wypełniali swoją misję metodami, które uważali za słuszne, mając przekonanie o dziejowej roli Zakonu. Było to zarazem postępowanie maksymalnie egoistyczne, obliczone wyłącznie na interes ich i papieży. Inni nie byli świętsi, a może nawet bardziej samolubni, jednak trudno się dziwić, że ofiary rabunków, morderstw i gwałtów, albo tylko ludzie tracący pieniądze lub władzę przez politykę joannitów, nie kwapili się potem do pomocy sprawcom swoich nieszczęść.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 4238
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 10:15, 26 Lut 2018    Temat postu:

Charakterystyka karak podana na str. 68 świadczy o mocnym zagubieniu autora w tych kwestiach. Nie pomaga mu oczywiście przywoływana literatura, ponieważ "Encyklopedia katolicka" i podobne pozycje nie powstały z udziałem autorytetów w dziedzinie budownictwa okrętowego. "W tym czasie [w okresie pobytu joannitów na Rodos] w zakonnej flocie obok galer i galeonów zaczęły pojawiać się pierwsze karaki, okręty z trzema lub czterema żaglami o większej powierzchni niż na galerach, dłuższe i o wyższym nadburciu. Używane były przede wszystkim jako statki transportowe."
Zacznijmy od podstawowej różnicy konstrukcyjnej między okrętami wojennymi a handlowymi, która - mimo oczywistych wyjątków - występowała wyraźnie od głębokiej starożytności (co najmniej od Grecji okresu klasycznego) do epoki wikingów na Północy i do XVI/XVII w. na Morzu Śródziemnym. Jednostki używane do walki były okrętami "długimi", a handlowe - "okrągłymi", co odnosiło się do proporcji, a nie wymiarów bezwzględnych. W naturalny sposób te "długie" to przede wszystkim galery, a te "okrągłe" to żaglowce. Podział ten stracił sens, gdy na północy Europy pękate, ciężkie, niezgrabne i dość nieruchawe kogi (potem holki i karaki) w zamyśle handlowe, jednak o mocnych, wysokich burtach dobrze chroniących ludzi, trudne do abordażowania i dające się obsadzić ogromnymi załogami ze zbrojnych, łatwe do wyposażenia w pomosty bojowe, zaczęły swobodnie gromić szybkie, niskie jednostki wywodzące się z łodzi Skandynawów czy Słowian. Na spokojniejszych wodach Morza Śródziemnego lepiej wyspecjalizowane galery przetrwały dłużej w roli podstawowych okrętów wojennych, więc opisany wyżej proces musiał poczekać do pojawienia się w pełni rozwiniętych galeonów. Tym bardziej zatem twierdzenie, że żaglowa karaka była "dłuższa od galery" jest kompletnym pomieszaniem z poplątaniem! Miała miejsce dokładnie odwrotna proporcja (rys.7)!

[link widoczny dla zalogowanych]
Rys.7.

Oczywiście mogło się zdarzyć, przy porównywaniu bezwzględnych wymiarów wyjątkowo wielkiej karaki i wyjątkowo małej galery, że ta pierwsza miała długość większą - jeśli ustawimy obok siebie szeroki, pękaty holownik portowy i super smukły, jednoosobowy kajak sportowy, możemy napisać, że holownik charakteryzuje się "większą długością" - tylko taka konstatacja nie będzie miała najmniejszego sensu. Prawdą (i to podaną z błędem rzeczowym) z powyższego cytatu jest tylko stwierdzenie o wyższych burtach (a nie nadburciu! Autor zapewne myślał o wolnej burcie, lecz to różne pojęcia) karaki. Owe "trzy lub cztery żagle [na karace] o większej powierzchni niż na galerach" są częścią bardzo nieporadnego i nieprecyzyjnego opisu, zaś umiejscowienie w czasie przez wskazanie, że "pierwsze karaki zaczęły się pojawiać obok galer i galeonów" jest kompletnie fałszywe, gdy przyjmiemy ugruntowane obecnie w nauce definicje "typowych" karak i galeonów, które dominowały na morzach właśnie w kolejności podanej przeze mnie - najpierw karaki, a dopiero wieki później galeony.
Przy bardzo dużej dawce dobrej woli można próbować szukać w przytoczonym fragmencie śladu pewnej myśli przewodniej. Trzeba w tym celu uświadomić sobie wielkie zmiany zachodzące w budownictwie okrętowym w okresie pobytu joannitów na Rodos, czyli w latach 1307-1522. Zmiany, które objęły także nazewnictwo, wyposażenie, uzbrojenie, sposoby walki. Postrzeganie tych lat jako prawie statycznych odpowiada częściowo za zamieszanie, półprawdy i fałsze. Jeśli przyjmiemy karakę jako typ żaglowca powstały w połowie XIV w. z połączenia myśli konstrukcyjnej Północy (obszerny kadłub, efektywniejsze na dużych okrętach ożaglowanie rejowe i przede wszystkim ster zawiasowy) z doświadczeniami Południa (poszycie na styk, wielomasztowość), to otrzymamy powszechnie znaną (choćby z rycin tzw. Mistrza W.A.) jednostkę, święcącą pod rozmaitymi nazwami (hulk, nawa, karaka) i w rozmaitych odmianach (poszycie zakładkowe, dwu- i trójmasztowce) triumfy na wodach całej Europy, a wypartej dopiero w XVI w. przez galeon. Jeśli pod tym ostatnim terminem rozumiemy najlepszy żaglowiec drugiej połowy XVI w., dominujący na morzach w czasach Wielkiej Armady, z którego wersji rozwojowej w połowie XVII w. wykształcił się okręt liniowy, to jesteśmy w zgodzie z generalnie przyjętą w historii linią ewolucyjną budownictwa okrętowego; równocześnie jednak cytowany fragment z pracy "Malta 1565" zupełnie nie ma sensu, bowiem to nie "obok [takich] galeonów zaczęły pojawiać się pierwsze [takie] karaki", ale wręcz przeciwnie - obok takich karak zaczęły pojawiać się pierwsze takie galeony!
Tyle tylko, że na Morzu Śródziemnym (zresztą nie wyłącznie tam, lecz to dla niniejszych rozważań jest bez znaczenia) nazwy pojawiały się i znikały często absolutnie niezależnie od rozwoju typów jednostek, z którymi je pierwotnie wiązano. I tak termin "galeon", znany co najmniej od XII w., miał mnóstwo odmiennych znaczeń, zanim został przypisany (z grubsza od końca lat dwudziestych XVI w.) tym żaglowcom, z którymi go dziś zwykle kojarzymy. Bywały galeony w postaci małych galer z XII w., małych jednostek (raczej żaglowców) z południowych i wschodnich wybrzeży Półwyspu Iberyjskiego w XIII w., weneckich galer rzecznych znanych od początku XV w., hiszpańskich galeonów rybackich w 1513 r., hiszpańskich jednostek wojennych z początku XVI w. Można by więc założyć, że "galeony" przypisywane flocie Kawalerów Rodyjskich, istniejącej od 1307 do 1522 r., odpowiadały którejś z w. wym. odmian. Ja jednak sądzę, że to raczej wielowiekowy plon niechlujności i beztroski przy dokonywaniu kopii oraz tłumaczeń. Również termin "carrack" ma pochodzenie wcześniejsze niż typ, z którym go dziś kojarzymy (Arabowie zdaje się używali od połowy XIII w. określenia karaque dla opisywania małych jednostek), ale w kontekście marynarki szpitalników z okresu ich pobytu na Rodos z pewnością nie ma to znaczenia.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 4238
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 9:02, 27 Lut 2018    Temat postu:

Ostatecznie: chociaż opinia o pojawianiu się we flocie joannitów "pierwszych karak obok używanych wcześniej galer i galeonów" mogłaby mieć jakiś ślad oparcia się na źródle (z galeonami jako małymi galerami czy małymi żaglowcami pomocniczymi), to jest prawie na pewno tylko wynikiem kumulowania błędów i powinna przybrać formę mówiącą o pojawieniu się pierwszych karak (najwcześniej w drugiej połowie XIV w., a zapewne dopiero w wieku XV, z którego znamy nazwę pierwszej "Wielkiej Karaki") obok używanych wcześniej galer i żaglowych transportowców.
Karaki jako "okręty z trzema lub czterema żaglami o większej powierzchni niż na galerach" to w ogóle nieporozumienie z uwagi na brak precyzji i fałszywe uogólnienie. Pierwsze karaki, te z początku drugiej połowy XIV w., miały dwa maszty, a na każdym niosły pojedynczy żagiel. Były to zatem jednostki "z dwoma żaglami", przy czym o ile powierzchnia grotżagla przybierała imponujące wartości, to drugi żagielek charakteryzował się wręcz miniaturowymi wymiarami (służył do manewrów, nie napędu) i nie mógł się w ogóle równać z żaglami z galer. Stopniowo rosła na karakach liczba masztów, a potem także żagli na poszczególnych masztach. Mamy więc w XV w. istotnie karaki "z trzema lub czterema żaglami", ale pod koniec tamtego stulecia także pięcioma a nawet sześcioma. Karaka Santa Anna mogła już mieć aż siedem żagli, jeśli nie więcej (rys.8).

[link widoczny dla zalogowanych]

Rys.8

Jeszcze nawiązując do karak - opis ze str. 30, jak to wygnani z Rodos joannici "wsiedli na ocalałe lub odremontowane karaki Zakonu - "Święta Maria", "Święta Katarzyna" i "Święty Jan Chrzciciel"... by odpłynąć nimi kursem na południe, a potem na zachód" nie jest taki oczywisty, jak mógłby sądzić czytelnik. Większość autorów nie wrzuca wymienionych jednostek do jednego worka. Santa Maria była wielką karaką, ale z pozostałych trzech przynajmniej dwie - Santa Caterina i San Giovanni Grisostomo - to najprawdopodobniej galery, chociaż trzeba zauważyć, że występuje w literaturze duże zamieszanie odnośnie nie tylko typów, ale nawet nazw tych okrętów. Padają jeszcze terminy "wielki okręt", "galeon", "barka" oraz nazwy San Giacomo i San Bonaventura. Ettore Rossi (Storia della marina dell'Ordine di S. Giovanni di Gerusaleme di Rodi e di Malta) uważał w ogóle, że chodziło o dwie duże karaki (w tym Santa Maria albo Gran Nave), dwie małe karaki, jeden galeon (może wiosłowy?) San Bonaventura, barkę Perla, parę galeasów (w znaczeniu lekkich jednostek wiosłowych, a nie olbrzymów spod Lepanto), kilka brygantyn (też wiosłowych), feluk i trzy galery: Santa Maria (sic), Santa Caterina i San Giovanni. Sprawa jest z pewnością jeszcze daleka od jednoznacznego rozstrzygnięcia, wobec sprzeczności w źródłach. Nawiasem mówiąc, ten raczej zdumiewający początkowy kurs na południe (do Egiptu?!) po opuszczeniu Rodos, przebiegał w rzeczywistości prawie całkiem na zachód, z minimalnym tylko odchyleniem ku południowi, ponieważ wiódł do północnych wybrzeży Krety.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 4238
Przeczytał: 1 temat

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 6:42, 28 Lut 2018    Temat postu:

Opracowania, z których czerpie pan Andrzej Zieliński, gubią się też ździebko w kwestiach detali dotyczących konkretnych dział, tym razem lądowych.
Gdy czytamy na str.17 o wielkiej armacie, "tzw. bazyliszku, strzelającym pociskami o wadze ponad 70 kg", niezbyt zorientowany czytelnik może dojść do wniosku, że to jakiś specyficzny typ działa i że dziwnym trafem Turcy nadali mu nazwę wywodzącą się z baśni europejskich, zamiast użyć własnego języka (czy perskiego). Tymczasem sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Europejczycy (przede wszystkim Hiszpanie i Włosi, jednak także Portugalczycy, Katalończycy, Francuzi i inni) nazywali "bazyliszkami" (basilisco i podobnie) swoje największe działa (początkowo żelazne, o konstrukcji listwowej; od lat trzydziestych XVI w. odlewane) i mieli tendencję, by obdarzać tym terminem wszystkie armaty tureckie, które wydawały się im wyjątkowo ogromne, bez względu na typ i rzeczywisty wagomiar. Tymczasem armia osmańska przejęła faktycznie nazwę bazyliszka (oczywiście lekko zniekształcaną na masę sposobów, zwykle bacaluszka), jednak odniosła ją do swoich mniejszych i średnich armat, o masie pocisku od 1 do 28 kg. Natomiast dwa prawdziwe olbrzymy, użyte przy obleganiu Malty w 1565 r., 150- i 200-funtowy (czyli strzelające kulami około 68 i 91 kg, jeśli to akurat funty angielskie miał autor na myśli, co wcale nie jest takie oczywiste), należały raczej - zdaniem Gabora Agostona - do typów nazywanych przez Osmanów balyemez i szayka. Oczywiście obrońcy wyspy i tak określali je "bazyliszkami", skoro były nadzwyczajnych wymiarów, i pod tą nazwą przeszły do historii pisanej przez zwycięzców. Ich rzeczywisty wagomiar budzi zresztą kontrowersje. Jeden z uczestników obrony pisał potem o dwóch "wielkich bazyliszkach", dla drugiego wszystkie duże były "bazyliszkami", a wśród największych wymieniał armatę 100-funtową oraz działo kamienne.
Nie istniały jednak żadne "śmigłowice" ze str. 127. Podejrzewam konsekwencje jakiejś literówki po drodze. Występowały w staropolskim terminy "śmigownica" i "śrubnica", ten drugi na opisywanie armat skręcanych z części, z których bezdyskusyjnie Turcy słynęli. Tym niemniej zamieszczane w wielu książkach o tytułowej batalii (np. Ian C. Lochhead, T.F.R. Barling, The Siege of Malta 1565, Tom Pickles, Oblężenie Malty 1565) zdjęcia lub rysunki ogromnej bombardy takiej konstrukcji, to typowy "fake" dla picowania niedojrzałego czytelnika. Było to działo z brązu, odlane zapewne w 1464 r., ustawione w Dardanelach i nie ruszane stamtąd do 1866 czy 1867 r., kiedy - podarowane przez sułtana Anglikom - trafiło najpierw do Tower, potem do Hampshire. Pokazywane w pracach o oblężeniu z 1565 r., ma zobrazować grozę tureckich "bazyliszków" kierowanych przeciwko Kawalerom Maltańskim, jednak wystrzeliwane z niego kamienne kule o masie c. 360 kg nijak się mają do około 70-kilogramowych kul użytych na Malcie. To zapewne nie ten typ armaty i absolutnie nie ten rząd wielkości (rys.9).

[link widoczny dla zalogowanych]

Rys.9
KONIEC


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Recenzje Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin