Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna www.timberships.fora.pl
Forum autorskie plus dyskusyjne na temat konstrukcji, wyposażenia oraz historii statków i okrętów drewnianych
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Recenzja pracy Bitwa pod Oliwą 1672, fakty i mity

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Recenzje
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Śro 15:46, 03 Lip 2019    Temat postu: Recenzja pracy Bitwa pod Oliwą 1672, fakty i mity

Pan Marian Huflejt napisał rzecz zupełnie unikalną, przewartościowującą dotychczasowe spojrzenie na tytułową bitwę pod prawie każdym względem, ale nie dlatego - jak to jest dzisiaj modne - aby być wysoce oryginalnym i pisać "czarne", tam gdzie w oczywisty sposób jest "białe" (co bardzo pomaga w zdobyciu rozgłosu i czasem tytułów naukowych, a w najgorszym razie chociaż samozadowolenia, jakim to się jest mistrzem w ocenianiu "artefaktów"), tylko w oparciu o bardzo głęboką analizę autentycznych tekstów i wizerunków z epoki oraz najnowszych badań współczesnych (np. ustaleń Michała Paradowskiego dotyczących piechoty na polskich okrętach).
Kluczem jest skorzystanie przez autora z pełnego tekstu książki "Akta i Diariusz Królewskiej Komisji Okrętowej Zygmunta III z lat 1627-1628" Wiktora Fenrycha. Z uwagi na trudności z odczytaniem rękopisu wcześniej posługiwano się tylko wybranymi fragmentami tego dokumentu o ogromnym znaczeniu. Na dodatek pan Huflejt wykazuje, że owe wybory nie były bynajmniej przypadkowe, lecz najwyraźniej świadomie miały podpierać pewne popularne tezy, a po osadzeniu w prawdziwym kontekście czasem wręcz im zaprzeczają!
Kolejnym powodem bardzo wysokiej jakości pracy jest sięganie przez autora do oryginalnych tekstów w wielu innych językach (przede wszystkim holenderskim, sprawiającym nam taką trudność, że często - z chlubnym wyjątkiem twórczości pani Anny Pastorek - zastępowanym angielskimi tłumaczeniami, nierzadko pełnymi błędów*), przez co może kontrolować jakość dotychczasowych ustaleń. Pan Huflejt analizuje szczegółowo manewry podczas bitwy i również tutaj sięga do najlepszych dostępnych nam źródeł niemieckich - właściwych z uwagi na język "Akt i Diariusza" czy inwentarza z Wismaru - jak słownik Rödinga, aczkolwiek są one nieco anachroniczne (koniec XVIII w. to jednak znacząco inny świat żaglowców niż na początku wieku XVII). Przede wszystkim jednak zna możliwości ruchowe jednostek żaglowych, więc nie są to typowe dla naszej literatury opisy działań okrętów z wbudowanymi sekretnymi silniczkami, spokojnie zwracających się w dowolnym kierunku i płynących prosto pod wiatr, bejdewindem, półwiatrem, baksztagiem czy fordewindem z jednakową maksymalną prędkością, pod wszystkimi możliwymi żaglami.

* Przekonałem się podczas własnych badań, że angielskie tłumaczenie fachowego tekstu holenderskiego może prowadzić wręcz do groteski.

Po krótkim, ale ważnym wstępie, uzasadniającym podjęcie się tematu i wymieniającym podstawowe kwestie badawcze, pan Marian Huflejt przedstawia bardzo szczegółowo i polemicznie wszystkie fazy bitwy, uzupełniając je obficie własnymi planami, pokazującymi zmieniające się pozycje każdego okrętu, kierunek wiatru i pracę żagli, decydującą o prędkości i możliwości manewru. Nigdy nie pozowałem na znawcę bitwy pod Oliwą, więc być może osoby bardziej się tym interesujące ode mnie znajdą szczegóły, co do których nie mogą zgodzić się z autorem, ale wartość takiego podejścia do starcia z epoki napędu żaglowego jest ogromna i bezdyskusyjna.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Śro 21:01, 03 Lip 2019    Temat postu:

CD.
Rozdział drugi obejmuje odpowiedzi, w zakresie możliwym przy obecnym stanie wiedzy, na "istotne pytania". Mam drobną wątpliwość co do rzeczywistej istotności wszystkich, więc pozwolę sobie zacytować je dokładnie wg autora: "Czy Szwedzi zamierzali wysadzić desant? Co znaczy wyraz dörgelegt? Działa dziobowe czy foglerze? Rapier czy miecz dwuręczny? Czy eskadrą szwedzką dowodził wybitny admirał? Czy muszkieterzy strzelali kulami drutowymi? Czy była masakra własnych ludzi? Czy okręty szwedzkie postawiły lizele i dzięki temu uciekły? Czy wśród załóg okrętów króla Zygmunta III byli Polacy? Czy nazewnictwo użyte w opisach bitwy pod Oliwą jest prawidłowe?" Nie będę oczywiście zamieszczał żadnych odpowiedzi (coś tam się pojawi przy okazji uwag polemicznych), by nie psuć przyszłym czytelnikom przyjemności samodzielnego rozkoszowania się przedstawionymi analizami, też bogato i różnorodnie ilustrowanymi. Przy okazji pan Huflejt zajmuje się nie tylko właściwą lokalizacją tytułowej bitwy (ze szczegółową mapą włącznie), ale i tłumaczy powody, dla których pojawiła się i utrwaliła w historiografii jej niezbyt trafna nazwa współczesna (nawet ta poprawiona).
Rozdział trzeci omawia zapomnianą funkcję galionu na ówczesnych okrętach. Ponieważ rzecz jest bardzo ciekawa (chociaż w moim subiektywnym odczuciu mało istotna), i tu nie będę niczego zdradzać.
Rozdział czwarty, bardzo długi i świetnie ilustrowany, jest właściwie obszernym rozwinięciem arcyciekawego artykułu (z 2017 r.) Mariana Huflejta pod prawie identycznym tytułem, który tutaj ma postać minimalnie zmienioną (formalnie, ale merytorycznie bardzo znacząco!) i brzmi: "Dextera Domini, czyli o banderach króla Zygmunta III". Ta część opracowania ponownie wykracza daleko poza wszystko, co do tej pory na ten temat napisano. Autor słusznie broniąc polskości floty Zygmunta III przed szowinistycznymi rewizjami, które chciałyby ją zanegować na podstawie tak nieistotnych w tamtej epoce rzeczy jak niemieckość prawdziwych nazw okrętów (dopiero po pierwszej wojnie światowej przetłumaczonych na polski, albo wręcz zmyślonych, chociaż dziś utrwalonych w naszej tradycji jakby były prawdziwe) i międzynarodowego składu załóg, równocześnie nie ulega łatwemu nacjonalizmowi właściwemu dla większości poprzedników, tylko każdą tezę obszernie uzasadnia. To prawdziwa skarbnica wiedzy w zakresie, w którym niewielu autorom zdarza się podchodzić do rzeczy profesjonalnie, ponieważ polscy weksykolodzy rzadko kiedy pasjonują się okrętami, a pasjonaci okrętów wolą gotowe recepty (co tam zawiesić na rufie czy maszcie modelu), niż obszerne analizy. Dla dociekliwych i krytycznych - uczta.
W Aneksie otrzymujemy imienną listę urzędników Królewskiej Komisji Okrętowej oraz członków załóg okrętów królewskich Zygmunta III, wymienionych w "Diariuszu".
Oprócz tego bibliografia charakterystyczna dla miłośnika tematu, gdzie autor zwraca uwagę na pozycje, które coś wnoszą do poruszanej tematyki, a nie wypisuje wszystkiego, co ma w tekście lub tytule nazwę "Oliwa", nawet jeśli byłyby to podręczniki do historii ogólnej, kalendarze czy artykuliki "uniwersalnych" dziennikarzy oraz profesorów od pasów słuckich, byleby wyczerpać źródła, jak to niestety czyni wielu zawodowych historyków (zapewne z obowiązku, tego nie dociekam).
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Śro 21:03, 03 Lip 2019    Temat postu:

CD.
W pracy zwraca uwagę brak szerszych rozważań na temat konstrukcji okrętów i ich uzbrojenia (poza wybranymi kwestiami szczegółowymi), lecz autor wyjaśnia, że z uwagi na obszerność zagadnień zamierza je przedstawić w oddzielnym opracowaniu. W przeciwieństwie do niektórych innych zapowiedzi kontynuacji, bardzo niepokojących, na tę z pewnością będziemy czekać z niecierpliwością.
Mam tylko nadzieję, że pan Marian Huflejt nie pozbawi się w ten sposób zdolności do napisania rozdziału wspólnej (wielu autorów) monografii, która rodząc się w bólach wciąż ma może szansę kiedyś się ukazać. Ja swoją część - z pewnością polemiczną w stosunku do niektórych tez autora - już napisałem i byłoby mi szkoda, gdybym nie dożył jej ukazania się, gdyż wtedy po prostu zniknie razem z kasowaną pamięcią twardych dysków.
Treść i ilustracje omawianej pracy wymagają uważnego przestudiowania przez każdego na serio zainteresowanego naszą flotą na początku XVII w. Nawet jeśli lepiej znający ode mnie tę wąską tematykę znajdą więcej niż ja punktów wątpliwych lub dyskusyjnych, i tak powinna to być lektura obowiązkowa. Oczywiście, tak jak wspominałem w zapowiedzi recenzji, książka jest tylko dla ludzi dojrzałych i myślących. Amatorzy bursztynowych żaglowców z kiosków z prasą, dziecinnych opowieści o Sierpinkach i hurapatrioci nie dadzą rady jej nawet przeczytać, a tym bardziej strawić. Innym - gorąco polecam.

Mógłbym jeszcze na kilometry wypisywać pochwały pod adresem omawianej książki, ale nie chcę czytelnikom psuć lektury. Kwestie, które teraz poruszę, mają wobec całości znaczenie marginalne, ponieważ jednak je dostrzegłem - byłoby nieuczciwością, gdybym o nich nie wspomniał.

Na str. 51 trafiła się swoista "literówka" rysunkowa - rysunki B i C (albo opisy do nich) zostały zamienione miejscami. No i oczywiście w tym miejscu ta ilustracja nie bardzo ma sens, ponieważ cały rozdział, w którym owo wyjaśnienie było potrzebne, już dawno się skończył, zawarty na str. 9-48. Wielkiego utrudnienia to co prawda nie stanowi, ponieważ każdy może się łatwo sam domyśleć o co chodzi, lecz wtedy podważa się potrzebę zamieszczenia całej "instrukcji".

Autor kwestionuje zasadność przyjmowania okrętu ze znanego rysunku piórkiem (str. 94) jako polskiego galeonu "König David", co jest powtórzeniem tezy ze wspomnianego artykułu. Bardzo możliwe, że ma rację, ale argumentacja, której używa, jest po części nietrafna, a po części budząca nieufność. Zacznę od tej drugiej. Pan Huflejt twierdzi, że "rysunek datowany jest przez muzealników ze Schwerinu na 1625 rok". Ale co to dokładnie znaczy?! Mają jakiś niepodważalny dowód na ścisłe datowanie co do roku? Przecież sam fakt, że "jest datowany przez muzealników" świadczy o tym, że żadnej daty na nim nie ma. Pomagałem kiedyś ustalić pewne rzeczy osobie, która zawodowo zajmuje się w Niemczech restaurowaniem dawnych obrazów. Ma gigantyczną wiedzę w tym zakresie i anielską cierpliwość do analizowania najmniejszego drobiazgu, szukania informacji tekstowych, map itd. Nie jest ogólnym muzealnikiem, tylko dyplomowanym specjalistą z tej właśnie dziedziny. Pamiętam jak ogromnie trudne jest ustalenie nawet przybliżonej daty namalowania obrazu. Nie bardzo mogę uwierzyć (chociaż całkiem niemożliwe to oczywiście nie jest), że muzealnicy ze Schwerinu nie potrzebowali zastosować nawet najmniejszego zakresu tolerancji, tylko trafili idealnie w punkt, niczym snajper. Chciałbym poznać ich argumenty. Mają tu kluczowe znaczenie, ponieważ na tej podstawie pan Huflejt wyklucza możliwość obrazowania polskiego okrętu, który przybył do Wismaru dopiero w 1629 r. Jeśli jednak muzealnicy określili tę datę np. jako 1625 rok, plus minus pięć lat, teza upadłaby sama z siebie.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Śro 21:04, 03 Lip 2019    Temat postu:

CD.
Argumenty natury technicznej wskazują na pewne prawdopodobieństwo, i pod tym względem są słuszne, ale jako twierdzenie kategoryczne - absolutnie nie. Autor przecenia pełną zgodność dawnych traktatów i zaleceń z rzeczywistością. Twórcy takich dzieł z reguły propagowali pewne zasady, które uważali za słuszne, a nie opisywali stanu faktycznego. Znana jest (kiedyś już o niej pisałem) sprawa dział ze słynnego leksykonu Falconera, który miał ogromną liczbę wydań; ich dane przepisywano w dobrej wierze przez stulecia do niezliczonych książek, też o wielu wydaniach (i robi się tak do dzisiaj), chociaż Adrian Caruana udowodnił, że to były armaty całkowicie fikcyjne - nigdy ich nie odlano, ale twórca leksykonu uważał, że byłoby bardzo dobrze je wykonać. Przekonałem się wielokrotnie sam, porównując dane faktyczne (dotyczące wymiarów, proporcji, olinowania, omasztowania, itd.) z danymi zalecanymi, że zgodność była bardzo nikła, czasem żadna. W tym przypadku pan Marian Huflejt przywołując ciekawe reguły wylicza, że wykonanie tylu furt, co na omawianym rysunku, było niemożliwe dla okrętu o długości, jaką miał "König David" (znanej z inwentarza wismarskiego). W monografii, która może kiedyś się ukaże, a może nigdy (albo po mojej śmierci, a więc bez udziału części napisanej przeze mnie) wykazuję w oparciu o dokumenty z epoki, że takie żaglowce jak najbardziej wtedy budowano, i to właśnie w rejonie bałtyckim i w Holandii. Przepraszam, że teraz - póki jest jakaś nadzieja na publikację - tego nie zacytuję, ale udowadniam rzecz bez żadnej wątpliwości. Oczywiście nikt nie musi mi wierzyć na słowo. W tej sytuacji dodatkowe uzasadnienia autora, jak to odległości między działami nie mogły być mniejsze od tej zalecanej przez regułki, "by nie dopuścić do przypadkowego podpalenia prochu przez iskry wytwarzane przez działa sąsiadujące" są ciekawe, ale bezprzedmiotowe, skoro mimo tego budowano w rzeczywistości okręty z ciaśniejszym ustawieniem armat. W tym samym zagadnieniu autor posługuje się jeszcze kilkoma uzasadnieniami swojego przekonania, że na rysunku przedstawiono w rzeczywistości inny okręt - "Hans von Wismar". Niektóre są tylko poszlakowe, chociaż logiczne, i skłaniają do przyznania racji panu Huflejtowi, ale dwa wynikają najwyraźniej z błędnego przekonania - do czego jeszcze wrócę - że akwarelę Adolfa Boya należy traktować prawie jak fotografię z bitwy, zaś inwentarz z Wismaru jako kompletny opis w pełni wyposażonych okrętów. Fakt, że u Boya "König David" ma długą, otwartą galerię na rufie (podobno, bo ja patrząc na reprodukcję ze str. 108 takiej pewności nie odczuwam), zaś okręt na rysunku ze Schwerinu ma krótką galerię zamkniętą, jeszcze nie dowodzi, że to pierwsze rozwiązanie jest dla polskiego okrętu prawidłowe, a to drugie nie - takiej zależności narodowej przy skąpych źródłach dla naszych jednostek na razie nie da się dowieść. Natomiast powołanie się na inwentarz wismarski jako dowodu, że polski galeon nie miał fokbramsla, a ten z rysunku go ma, oznacza niezauważenie braku nawet fokmarsla (w inwentarzu) na "Meer Weib", co wprawdzie nie jest całkiem niemożliwe, ale szalenie mało prawdopodobne (zresztą, jeśli traktować akwarelę Boya jako wyrocznię, to przecież na niej fokmarsel na tym okręcie występuje!); dalej, niezwrócenie uwagi na ciekawy zapis przy dużo mniejszym okręcie "Weisse Hundt", że "ma on wszystkie żagle poza bramslami" (co sugerowałoby naturalne występowanie ich na jednostkach większych, chociaż osobno niewymienianych), a w końcu - co najważniejsze - zignorowanie faktu, że wg inwentarza galeon "Meerman" pływał sobie jakoby z fokmarslem, ale na jego grotmaszcie marsla nie stawiano, co byłoby oczywistym absurdem! Inwentarz był spisem z natury tego, co na danej jednostce znajdowało się w momencie inwentaryzacji - jeśli jakiś żagiel oddano do naprawy, konserwacji albo przerobiono na szmaty i czekano na nowy, to w danej chwili nie dało się go zapisać; ale to absolutnie nie dowodzi, jakoby tego żagla nie było nigdy. Pan Huflejt ma oczywiście rację, że ożaglowanie z bramslem na grotmaszcie, a bez takiego żagla na fokmaszcie, było dla mniejszego galeonu całkiem realne, ale nie jest to dowód przesądzający kwestię rysunku ze Schwerinu. W inwentarzu wismarskim trafiają się też oczywiste błędy (jak udowodniona kiedyś przeze mnie fałszywa wielkość, w łasztach, okrętu "Weisse Hundt"), więc i tego źródła nie można traktować jako nieomylnego. Biorąc pod uwagę sumę wszystkich argumentów autora, jestem skłonny przychylić się do jego wniosku, ale tylko w kategoriach większego prawdopodobieństwa, a nie pewności.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Śro 21:05, 03 Lip 2019    Temat postu:

CD.
W bardzo interesujących, erudycyjnych i - moim zdaniem - głęboko trafnych uwagach autora na temat nazw własnych polskich okrętów z bitwy pod Oliwą, punktem odniesienia często jest datowana na 1633 r. akwarela Boya. Oczywiście chwała panu Huflejtowi, że ją nam przybliżył w takich detalach, których dawniej, nie mając dostępu do oryginału i jego komputerowego skanu, nie byliśmy w stanie rozpoznać na reprodukcjach, gdzie cała bitwa miała wielkość pocztówki. Odnosi się jednak z tekstu wrażenie, że autora przecenia nieco znaczenie tej ilustracji (używa zresztą słowa "dokument"), jak we wspomnianej wyżej kwestii konstrukcji galerii rufowej. Praca gdańszczanina Adolfa Boya zasługuje na uwagę, którą jej w tej książce poświęcono, ale to nie jest ani fotografia bitwy, ani poszczególnych okrętów, więc może być tylko jedną z przesłanek, a nie źródłem przesądzającym kwestie wątpliwe (wrócę do tego przy omawianiu analizy bander). Boy nie był konstruktorem i pewnych rzeczy nie rozumiał - łukowate podcięcie nawisu rufowego (u niego zawsze pojedyncze, naprawdę czasem też podwójne), które pojawiło się już na karakach, nie służyło temu, by stworzyć jeszcze jedną płaszczyznę do malunków, tylko miało bardzo ważną funkcję konstrukcyjną - chroniło głowicę steru i wydłużało kasztele rufowe, zwiększając powierzchnię kabin oficerskich; silne wychylenie w tył (u Boya prawie zerowe) było więc konieczne! Na mocno pochyłej i łukowo wygiętej powierzchni bardzo trudno było coś malować, więc chociaż taki rodzaj zdobienia występował, to rzadko, a nie nagminnie, jak tutaj. Stąd zachwyty nad dziełem Boya ("nadzwyczaj udany, precyzyjny obrazek", "o walorach dokumentu historycznego" - str. 107) powinny być ciut stonowane.

Na str. 75 autor obszernie omawia przyczynę powrotu do starej (w naszej literaturze) pisowni "fleuta" zamiast "fluita". Rozważania są ciekawe, ale konkluzja, jakoby pisanie o fluitach było "funkcjonującym w Polsce osobliwym nieporozumieniem", samo w sobie stanowi nieporozumienie. Pan Huflejt zakłada - bez żadnego powodu - że każde zapożyczenie z obcego języka odbywa się i musi się odbywać na zasadach fonetycznych. Tymczasem wcale tak nie jest. Słowa takie jak telewidz (hybryda), burmistrz (uproszczenie pisowni), kościół (podwójne zapożyczenie, w którym z oryginałem nie zgadza się ani pisownia, ani wymowa), ale przede wszystkim takie jak peeling, fair-play, whisky, scrabble, apartheid (przejęte zgodnie z pisownią, a nie przerabiane fonetycznie!) jasno dowodzą, że drogi zapożyczeń bywają bardzo różne. Niezależnie od tego, jaką stosowali wymowę, Holendrzy opracowany przez siebie typ statku zapisywali ostatecznie (bo pierwotnie to był "gaing"!) w formie "fluit", a Niemcy - po adaptacji - w postaci "Fleute". Jeśli przyjąć w zapożyczeniu za podstawę właśnie pisownię, bliższą oryginałowi będzie postać "fluita" i nie ma w tym żadnego "osobliwego nieporozumienia". Osobiście uważam obie formy spolszczenia za prawidłowe, ale nie z uwagi na sposób wymawiania przez Holendrów nazwy "fluit", a dlatego, że na terenie znaczących ośrodków stoczniowych w ówczesnej Polsce używano języka niemieckiego. Przy okazji - chociaż pan Huflejt rozważania o konstrukcji okrętów planuje odłożyć do przyszłej publikacji, na str. 45 pisze o "fleutach, które były jednostkami powolnymi z powodu...". Wreszcie, po latach wypisywania w polskiej literaturze (ale też w holenderskiej!) bredni o "szybkich i zwrotnych fluitach", "prototypach kliprów", "jednostkach dokonujących rocznie większej liczby rejsów dzięki swojej szybkości", mamy powrót do zdrowego rozsądku. Ów niezwykle ważny dla budowy potęgi Holandii typ żaglowca obrósł w piśmiennictwie taką masą nonsensów, powielanych przez setki lat, że we wspomnianej przyszłej/ewentualnej/niedoszłej publikacji zbiorowej poświęciłem mu ponad 24 strony, omawiając zagadnienia konstrukcji kadłuba, takielunku, przyczyny sukcesu, a także fluity jako okręty wojenne. Nawet jeśli nie dożyję wydania i rozważania te się nie ukażą, lakoniczne stwierdzenie Mariana Huflejta już pozwala wierzyć, że przyszły obraz zostanie w końcu prawidłowo skorygowany.
CDN.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 5400
Przeczytał: 1 temat


PostWysłany: Śro 21:09, 03 Lip 2019    Temat postu:

CD.
Autor pisząc słusznie, że "niderlandzkie traktaty Witsena i Van Yk'a są niezwykle rzadko przywoływane w polskich opracowaniach dotyczących historii żeglugi. Z pewnością na przeszkodzie stoją tu spore trudności z tłumaczeniem i zrozumieniem archaicznych tekstów" oraz "wspomniane traktaty nie figurują w bibliografii żadnego z dotychczasowych opracowań polskich dotyczących bitwy pod Oliwą", a także formułując postulat, że "jeżeli ktoś jednak na poważnie chciałby wypowiadać się na temat konstrukcji okrętów króla Zygmunta III i Władysława IV, musiałby zacząć od studiów nad tymi właśnie dwoma traktatami" (str. 74), wydaje się jednak nie doceniać paru rzeczy poważniej ograniczających niż archaiczny język holenderski. Mam oba traktaty w oryginalnej wersji językowej, studiowałem je i zmieściłem w bibliografii do przyszłej/ewentualnej/niedoszłej publikacji zbiorowej. Ale trzeba pamiętać, że: 1) Witsen opisywał stan techniki z około 1671 r., czasem tylko sięgając do rzeczy wyraźnie wcześniejszych; 2) Van Yk wydał swoje dzieło w 1697 r., aczkolwiek niekiedy podaje datowane przykłady wcześniejsze - 70 lat różnicy w budownictwie okrętowym to kawał czasu, więc wiele informacji tam zawartych ma się nijak do budownictwa z około 1627 r.; bardzo łatwo się zagalopować w pochopnym wnioskowaniu - sama "holenderskość" obu traktatów nie wystarczy; 3) mimo zachwytów Hovinga (którego bardzo cenię, ale któremu pomyłki też się przytrafiają), Witsen zawarł wiele informacji fałszywych, bałamutnych, a nawet nonsensownych - powtarzał, przynajmniej częściowo, konstatacje cudze, nie sprawdzone. Podobnie jak Furttenbach, który był tylko zbieraczem ciekawostek, więc powinien być traktowany z dużą ostrożnością. Van Yk to prawdziwy konstruktor, ale działający w zupełnie innych czasach - dla niego np. fluity były przeżytkiem, a ich stosowanie pod koniec XVII w. uważał za błąd. Zatem owszem, od tych traktatów można zacząć, ale ani na nich nie kończyć, ani nie traktować bezkrytycznie.

Wielość tłumaczeń na język polski nazwy okrętu "Fliegende Hirsch" - nie jest wcale zadziwiająca (str. 73), choć autorowi chodziło może tylko o ładną figurę retoryczną, a nie o rzeczywiste zdziwienie. Ponieważ jednak na tym poprzestaje, słówko wyjaśnienia. Oczywiste jest, że dosłowne tłumaczenie to "Latający Jeleń", ale ponieważ - o ile wiem - takiego stworzenia nie było w żadnej mitologii, więc chodziło o jelenia szybko pomykającego nad runem leśnym, "fruwającego" we wspaniałych susach nad krzakami. "Latający jeleń" brzmi po polsku głupio, stąd próba oddania sensu przez biegnącego, pędzącego, rączego. Różnorodność nie jest wcale dziwna, każdy ma nieco inną wrażliwość językową, a o wydanie w tej sprawie dekretu trudno. Natomiast kolejny raz potwierdza to trafność sądu autora, że powinno się używać w pierwszej kolejności nazw oryginalnych, nie sztucznych tłumaczeń.

W kapitalnym rozdziale o banderach, pełnym nie tylko uzasadnionych negacji dotychczasowych ustaleń, ale i konstruktywnych propozycji własnych, trochę zabrakło mi odniesienia do innych - poza Boyem - ilustracji (z epoki) przedstawiających bitwę pod Oliwą, które niosą na pewno - jak rycina Janssena - lub być może, zupełnie inne informacje na ten temat. O Janssenie autor pisze i rozprawia się z nim krótko (zapewne słusznie, chociaż znalazłbym i inne uzasadnienia dla jego wyboru), lecz chciałoby się wiedzieć, czy takie dzieła jak obraz Milwitza albo sztych załączony do dziennika Boota: a) potwierdzają wizerunki Boya, b) zaprzeczają im; c) ich zachowane reprodukcje są za mało czytelne, by wnieść w tej kwestii coś istotnego. Bez tej informacji rodzi się pytanie, czy przyjęcie akwareli Boya za niemal wierną fotografię nie ukierunkowało nadmierne autora, powodując a priori odrzucenie innych możliwości. Może nie, ale milczenie skłania do postawienia takiego pytania.

Krzysztof Gerlach
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kadrinazi




Dołączył: 19 Sty 2011
Posty: 59
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Edinburgh

PostWysłany: Czw 13:43, 01 Sie 2019    Temat postu:

Bardzo dziękuję za tak wnikliwą recenzję Panie Krzysztofie. W takim razie zdecydowanie zakupię tę pozycję.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Recenzje Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin