Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna www.timberships.fora.pl
Forum autorskie plus dyskusyjne na temat konstrukcji, wyposażenia oraz historii statków i okrętów drewnianych
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sposób użycia artylerii - przełom XVIII i XIX wiek.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Pytania, odpowiedzi, polemiki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kalliades




Dołączył: 22 Lip 2013
Posty: 6
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 9:16, 22 Lip 2013    Temat postu: Sposób użycia artylerii - przełom XVIII i XIX wiek.

Witam,
przykładowo według Wikipedii HMS Victory miał na pokładzie:
30 długich 32 funtowych dział,
28 długich 24 funtowych,
42 krótkich 12 funtowych.
Jak wyglądało użycie takiej artylerii ?
Chodzi mi o to m.in.: z jakiej odległości otwierano ogień salwami?
Czy po zbliżeniu do przeciwnika, każde działo strzelało osobno czy też dalej salwami?
Czy czekano, aż przeciwnik będzie w zasięgu całej artylerii czy też strzelano kolejno w miarę zbliżania się do przeciwnika?
Jaka była częstotliwość ognia?
Na jak długą wymianę ognia starczało amunicji?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 19:21, 22 Lip 2013    Temat postu:

Dane z Wikipedii, jak to często bywa, nie mówią prawdy. Uzbrojenie Victory zmieniało się wielokrotnie (przynajmniej 10 razy). W okresie bitwy pod Trafalgarem okręt ten miał faktycznie tyle dział 32-funtowych i 24-funtowych, co podano, ale ponadto 2 karonady 68-funtowe, zaś 44 (nie 42) działa 12-funtowe nie były „krótkie”, a przynajmniej większość z nich. Trzydziestka z górnego pokładu działowego należała do dział długich, miała 9 stóp długości. Tuzin 12-funtówek z pokładu rufowego to istotnie działa krótkie, o długości 7’6”. Natomiast para 12-funtówek z pokładu dziobowego to egzemplarze pośrednie, o długości 8,5 stopy. Laicy pisząc o działach „długich” z epoki napoleońskiej na ogół nie rozumieją, że chodziło tylko o przeciwstawienie zwykłych armat w stosunku do bardzo krótkolufowych karonad, a w ramach każdego wagomiaru istniało pełno modeli o różnej długości i masie.

To, czy otwierano ogień salwami, czy nie, nie zależało od odległości, tylko od wzajemnego ustawienia okrętów. Jeśli płynęły nie tylko na kursach równoległych, ale na dodatek z tą samą prędkością i idealnie naprzeciwko siebie (tzn. żaden nie był wysunięty do przodu), to oczywiście strzelały wszystkie działa. W przeciwnym wypadku część biłaby w powietrze, a przy zmieniającym się położeniu nastawianie na kierunek różnych armat zajmowało różny czas, więc upieranie się przy salwie obniżałoby szybkostrzelność. Oczywiście jeśli okręty znajdowały się burta w burtę, sczepione (co się zdarzało), można też było strzelać salwami, tylko po co? W ten sposób wszyscy zawsze musieliby czekać na najwolniejszą z obsług! Dla wielu armat znamy maksymalne zasięgi przy rozmaitych kątach podniesienia. Jednak przy dziale strzelającym przez furtę okrętową trzeba było zapomnieć o teoretycznym kącie 45 stopni, ponieważ takiego podniesienia nie dało się zrealizować. Z drugiej strony, jeśli okręt znajdował się po zawietrznej przy silnym wietrze, to miał pokład silnie pochylony. Jedną z najczęstszych metod było też odpalanie na szczycie wznoszenia przy kiwaniu. Jeśli przez salwę rozumiemy ogień ze wszystkich dział poza karonadami, to na Victory decydowały najkrótsze 12-funtówki. Dla nich przy kącie podniesienia 5 stopni maksymalna donośność wynosiła 1650 jardów, czyli 1500 m. Załóżmy, że dodatkowe kąty (pokład, fala) podnosiły to do 2000 m. W idealnej sytuacji można było otworzyć ogień z tej odległości (salwami czy nie). Ale czy naprawdę OTWIERANO? Jeśli komuś zależało na zapewnieniu sobie możliwości ucieczki i liczył na strącenie jakiegoś drzewca u przeciwnika – mógł strzelać. W zdecydowanej większości wypadków uważano to jednak za marnowanie amunicji. Bojowi dowódcy twierdzili, że należy rozpoczynać ogień z odległości 40-50 m, a nie dwóch kilometrów (!), chyba że chodziło o pościg i ucieczkę. O momencie otwarcia ognia przez flotę w zwartym szyku decydował głównodowodzący, dla samodzielnie działającego okrętu był to jego kapitan. Obaj mogli kazać strzelać z dowolnej odległości i w dowolnym systemie. Jak więc łatwo zauważyć, przypadki strzelania całą burtą się zdarzały, ale strzelanie prawdziwymi salwami było bardzo rzadkie, a z dystansem do przeciwnika w ogóle nie miało związku.
W XVI w., kiedy zawód puszkarza był unikalny, czasem jeden mistrz artyleryjski obchodził wszystkie działa, a potem „pospolite” obsługi odpalały salwę. Jednak na początku XIX w. padała na ogół tylko jedna salwa (w momencie wydania rozkazu), a potem każdy strzelał jak mógł najszybciej i jeśli miał przed sobą cel. Czy było daleko, czy blisko, nie miało znaczenia.
O tym czy zaczynano od salwy czy od razu od indywidualnego strzelania decydował dowódca, a on z kolei rozpatrywał rzecz nie w oparciu o doktrynę, tylko odnosząc się do spodziewanych korzyści, w danych okolicznościach. Kiedy Brytyjczycy posuwali się pod Trafalgarem prawie prostopadle do przeciwnika, musieli znosić ciężki ogień niemal bez odpowiadania, jest więc jasne, że każde działo, które dało się z czasem wycelować w połączoną flotę, natychmiast zaczynało strzelać, nie czekając na pozostałe. Kiedy natomiast przecinali linię tuż za rufą nieprzyjacielskiego okrętu, to też nie strzelali całkiem równocześnie, aby trzy czwarte pocisków poszło w wodę, tylko każdy działonowy odpalał swoją armatę w chwili najścia na cel. Trwało to i tak w sumie bardzo krótko, więc taki ogień nazywano salwowym. Ostrzelanie amfiladowe dawało druzgocące skutki, więc jeśli dowódca widział, że za chwilę nadarzy się następna okazja, mógł kazać zaprzestać chaotycznego ognia indywidualnego, by mieć wszystkie działa gotowe do kolejnej akcji taką niby-salwą. Jeśli nie – po co było marnować czas; każda obsługa strzelała najszybciej jak potrafiła.

W epoce całkowitego braku automatyzacji i bardzo pierwotnej mechanizacji, szybkostrzelność zależała od masy kuli (im większa, tym oczywiście szło to wolniej), liczebności obsługi (na początku bitwy było najszybciej, w miarę padania kolejnych ludzi coraz wolniej), stopnia wyszkolenia (inaczej szło wytrawnym marynarzom, inaczej żółtodziobom wyciągniętym świeżo z więzień), siły fizycznej i stopnia zmęczenia, a w warunkach bojowych – także od dyscypliny panującej na okręcie. Podawanie więc jakichkolwiek standardowych wartości będzie zawsze nonsensowne. Tym niemniej uważano wtedy, że idealnie wyszkolona i optymalna liczebnie obsługa brytyjskiego lub amerykańskiego działa 32-funtowego, osiągała na ćwiczeniach i na początku bitwy (na okręcie utrzymującym żelazną dyscyplinę) jeden strzał na minutę (przy Francuzach i Hiszpanach strzelających raz na trzy minuty). Jednak jeszcze w połowie XIX częściej był to u Brytyjczyków i Amerykanów jeden strzał na dwie minuty, co w czasie wojny secesyjnej zredukowano do 1 strzału na 75 sekund. Ale siak czy owak taka częstotliwość ognia trafiała się tylko w sytuacjach, gdy z uwagi na położenie i odległość zbędne było celowanie. Jego bowiem w ogóle nie bierze się w tych obliczeniach pod uwagę.

Około 1790 r. brytyjski 100-działowiec zabierał 2400 kul 32-funtowych, 2800 kul 24-funtowych i 4200 kul 12-funtowych. Zakładając więc, że Victory strzelałby w 1805 r. z każdego działa jednej burty co minutę, amunicji do 32-funtówek starczyłoby na 2 godziny i 40 minut; do 24-funtówek na 3 godziny 20 minut; do 12-funtówek na 3 godziny 11 minut. Jest chyba jednak absolutnie jasne, że takiego tempa nie wytrzymałaby tak długo żadna obsługa i żadna armata (poza tym cele się zmieniały, występowały dłuższe przerwy), więc rzeczywisty czas był zdecydowanie większy.
Krzysztof Gerlach


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kalliades




Dołączył: 22 Lip 2013
Posty: 6
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 14:28, 26 Lip 2013    Temat postu:

A jak wyglądała sprawa z zapasem prochu strzelniczego ? Tzn.:
ile przeciętnie go zabierano ?
czy zmieniano ilość ładunków prochowych w zależności od oczekiwanego zasięgu strzału?
gdzie była prochownia na okręcie?
jak dbano by nie zamókł?
czy przy armatach był zapas prochu na kilka strzałów czy też do każdego strzału ktoś biegał do prochowni po ładunki?
kiedy wprowadzono ładunki pakowane w worki, a nie sypki proch?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 17:48, 26 Lip 2013    Temat postu:

1. Ilość zabieranego prochu zależała oczywiście od wielkości okrętu i jego uzbrojenia, a także od rejonu operacyjnego. Np. 100-działowy trójpokładowiec Royal Navy brał 525 baryłek prochu w rejs zagraniczny, a 427 baryłek, kiedy działał w rejonie kanału La Manche. W tych samych okolicznościach 18-działowy slup wyposażano odpowiednio w 64 i 62 baryłki. Na kartusze przekładało się to następująco: na 100-działowcu zabierano 2580 kartuszy do 32-funtówek, 2996 kartuszy do 24-funtówek oraz 4728 kartuszy do 12-funtówek. Natomiast 18-działowy slup miał 1386 kartuszy do 6-funtówek oraz 864 kartusze do półfuntowych działek relingowych. Dbano, by istniał pewien nadmiar prochu, do ewentualnego ładowania szuflą, jak powszechnie robiono w czasach przed kartuszami. Mimo wszystko da się to cokolwiek uśrednić, ponieważ starano się przestrzegać na wszystkich liniowcach zasady, by prochu starczało na 50 strzałów z każdego działa podczas służby zagranicznej i na 45 strzałów podczas służby w rejonie kanału. Do tego dochodził proch potrzebny do prowadzenia ćwiczeń artyleryjskich – 60 ładunków na każde działo górnego pokładu, trochę na odbijanie zgorzeliny do każdej armaty, ponadto miałki proch podsypkowy do odpalania. Slupy zabierały jednak mniej – po 40 ładunków na każde działo w służbie zagranicznej i 35 w służbie na kanale La Manche.
2. W zasadzie nie zmieniano ilości ładunków w zależności od zasięgu strzału, ale odsypywano prochu z ładunku, kiedy chciano zmniejszyć ciśnienie gazów prochowych, a poza tym stosowano ładunki o rozmaitej masie: dla normalnego strzelania, dla strzelania przy zwiększonym zasięgu i dla strzelania na krótki dystans.
3. Prochownie sytuowano w różnych miejscach na okrętach różnych narodów. Zależało to też trochę od konstrukcji żaglowca (budowy jego kadłuba, zwłaszcza ostrości linii w partiach dziobowej i rufowej). Generalnie chodziło o położenie poniżej linii wodnej, aby zapobiec trafieniu przez kulę wroga; położenie powyżej denników, aby zapobiegać zawilgoceniu przez wodę zęzową; położenie w miejscu znacznej szerokości okrętu, aby zapewnić dużą objętość magazynu i łatwość sztauowania baryłek z prochem; położenie umożliwiające szybkie zalanie w razie pożaru okrętu; położenie nieodległe od głównych luków ładunkowych, ze względów oczywistych. Na brytyjskich okrętach (oczywiście mówimy cały czas o epoce napoleońskiej, ponieważ żadna aranżacja nie była wieczna) główny magazyn prochu znajdował się przedniej części ładowni, na specjalnej platformie, na ogół zaraz za fokmasztem. Do tego dochodziły tzw. „wiszące magazyny”, przeznaczone na trzymanie gotowych ładunków, usytuowane pomiędzy orlopem a ładownią, wzdłuż długości okrętu. Zasadniczo na tych jednostkach, które nie miały „wiszących magazynów” był jeszcze pomocniczy magazyn prochowy z tyłu ładowni, w okolicach bezanmasztu. Zdarzały się jednak jednostki z głównym magazynem z przodu, pomocniczym z tyłu i wiszącymi magazynami pomiędzy nimi, a także takie z przednim i tylnym magazynem oraz dodatkowo środkowym – między grotmasztem a przednim kabestanem. Francuzi umieszczali główny magazyn prochowy na rufie. Rozciągał się blisko stępki w przód i w tył od bezanmasztu. Czasem dodawali mały magazyn prochowy także w partii dziobowej. Amerykanie stosowali metodę pośrednią, chociaż nazewnictwo brytyjskie.
4. Proch przechowywano w wodoszczelnych beczkach, na platformach oddzielających je od wody zęzowej (dziobowe usytuowanie głównego magazynu prochowego na okrętach brytyjskich miało z tym związek, ponieważ przy typowym przegłębieniu okrętu na rufę, woda odpływała z dziobu w kierunku śródokręcia i dalej), w szczelnie zamkniętym magazynie, oddzielonym wieloma pokładami od ewentualnych bryzgów wody zaburtowej, czy deszczówki. Ściany magazynów wykładano plastrem z wapna i włosów, do tego boazerią z cienkich desek na złącza ciesielskie uszczelniane dodatkowymi listwami, beczek nie kładziono wprost na poszyciu wewnętrznym ładowni, tylko na luźnych paletach, aby zapewnić odpływ wilgoci i przewiew suszącego powietrza. Dawano tam też węgiel drzewny, by działał jako pochłaniacz wilgoci, a w pomieszczeniu do wypełniania ładunków (które częściej ulegały zawilgoceniu niż proch w beczkach) instalowano nad paletami dodatkową podłogę.
5. Ilość ładunków znajdujących się przy każdym dziale zależała od stanu gotowości bojowej. Jeśli szykowano się na sztorm lub w ogóle panował pokój, wynosiła zero. Gdy przygotowywano się do mającego wkrótce nastąpić boju, można było teoretycznie przygotować kilka, ale unikano tego, ponieważ proch zgromadzony wokół działa stanowił śmiertelne niebezpieczeństwo dla obsługi armaty i całego okrętu. Natomiast typową praktyką w czasie wojny było pływanie z działami załadowanymi, co pozwalało na dokonanie pierwszego odpalenia bez żadnych zapasów. Proch był donoszony przez chłopców okrętowych („małpki prochowe”). Jak w warunkach bojowych zapewniano odpowiednią szybkość tych „dostaw”, trudno mi powiedzieć.
6. Najwcześniejsze znane kartusze pojawiły się na okrętach w pierwszej połowie XVI w., powszechne zastosowanie znalazły od wieku XVII.
Krzysztof Gerlach


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
de Villars




Dołączył: 27 Lip 2010
Posty: 104
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 13:23, 27 Wrz 2013    Temat postu:

Cytat:
Około 1790 r. brytyjski 100-działowiec zabierał 2400 kul 32-funtowych, 2800 kul 24-funtowych i 4200 kul 12-funtowych. Zakładając więc, że Victory strzelałby w 1805 r. z każdego działa jednej burty co minutę, amunicji do 32-funtówek starczyłoby na 2 godziny i 40 minut; do 24-funtówek na 3 godziny 20 minut; do 12-funtówek na 3 godziny 11 minut. Jest chyba jednak absolutnie jasne, że takiego tempa nie wytrzymałaby tak długo żadna obsługa i żadna armata (poza tym cele się zmieniały, występowały dłuższe przerwy), więc rzeczywisty czas był zdecydowanie większy.

Wychodzi circa 100 pocisków na działo (dla najcięższych nawet mniej). A jak to wyglądało w innych marynarkach, bądź dla innych klas okrętów? Ciekawi mnie zwłaszcza ile pocisków brały małe jednostki uzbrojone w ciężkie karonady, co na początku XIX w. było dość popularne.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 16:55, 27 Wrz 2013    Temat postu:

Z nazywaniem karonad „ciężkimi” trzeba zachować ostrożność, ponieważ akurat to był typ artylerii o wybitnie małym ciężarze Smile . Ale doskonale rozumiem, że Panu chodzi o ciężar kuli. Pomijając pociski do działek relingowych, mała, 28-działowa fregata Royal Navy zabierała na początku wojen z rewolucyjną Francją 3000 kul pełnych (plus 140 kartaczy i 72 pociski szerszego rażenia); 24-działowy „post-ship” – 2400 kul pełnych (plus 120 kartaczy i 66 pocisków szerszego rażenia); 18-działowy slup – 1080 kul pełnych (plus 80 kartaczy i 2 pociski szerszego rażenia). Amerykański szkuner 12-działowy zaopatrywano w 1834 r. w 1100 pocisków wszelkiego typu.
Krzysztof Gerlach


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
de Villars




Dołączył: 27 Lip 2010
Posty: 104
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 23:13, 27 Wrz 2013    Temat postu:

Faktycznie, jak teraz to czytam, to brzmią kuriozalnie te "ciężkie karonady" Very Happy
Dziękuję za informacje!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Pytania, odpowiedzi, polemiki Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin