Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna www.timberships.fora.pl
Forum autorskie plus dyskusyjne na temat konstrukcji, wyposażenia oraz historii statków i okrętów drewnianych
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Zagadnienia prawne korsarstwa
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Artykuły tematyczne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 12:58, 13 Mar 2016    Temat postu: Zagadnienia prawne korsarstwa

W filmie, literaturze pięknej, a także – niestety – tej pretendującej do miana popularnonaukowej, z reguły utożsamia się pojęcia „pirat” i „korsarz” (kaper), co prowadzi młodych ludzi do rozmaitych kuriozalnych wniosków oraz braku zrozumienia ochrony prawnej przysługującej korsarzom od wszystkich walczących stron. Spotyka się na tym tle, nawet ze strony ludzi chwalących się dyplomami historyków lub studiujących ten kierunek, tak dziwaczne stwierdzenia, jak to, że „Hiszpanie tępili korsarzy, a sami nie mieli własnych” – fałszywe pod każdym możliwym względem.
Ten krótki temat zamierzam poświęcić przede wszystkim wszelkiego rodzaju anomaliom w korsarstwie, wariantom trudnym do zdefiniowania, kontrowersjom jaki wywoływały, i przyczyną „ostatecznego” zlikwidowania instytucji korsarstwa na międzynarodowej konferencji w Paryżu w marcu 1856 r. Jednak zacząć trzeba oczywiście od najbardziej „czystego”, klarownego odróżnienia korsarzy od piratów, aby dało się pokazać, czemu te definicje, pozornie całkiem jednoznaczne, w praktyce często się takie nie okazywały.

Otóż KORSARZ (KAPER) to osoba działająca na podstawie upoważnienia swojego rządu, będącego stroną walczącą w jakiejś wojnie. Wyrusza na morze w wyniku działań organizacyjnych prywatnego armatora, spółki, towarzystwa, kampanii itp., na okręcie nie należącym (przynajmniej chwilowo) do marynarki wojennej danego państwa, jednak CAŁKOWICIE LEGALNIE. Jest zobowiązany do skrupulatnego przestrzegania wszystkich uznanych zwyczajowo praw międzynarodowych (jak zakaz mordowania i maltretowania jeńców, rozbitków, cywili, poszanowanie parlamentariuszy itd.) oraz atakowania WYŁĄCZNIE statków i okrętów państwa, z którym jego własne toczy wojnę. Działa dla łupu, czyli nie jest finansowany przez instytucje rządowe, natomiast zdobycz (która musi przede wszystkim pokryć koszty działalności korsarskiej, takie jak np. czarter okrętu, jego uzbrojenie, wyżywienie załogi) jest dzielona skrupulatnie między właścicieli, kapitana, żeglarzy, czasem państwo. Ustalenia odnośnie podziału były bardzo szczegółowe, ale inne w każdym kraju i ciągle się zmieniające, więc ich umieszczenie w definicji ogólnej nie jest możliwe. Korsarz po udanym rejsie wraca do ojczyzny, jest fetowany przez władze, właścicieli, mieszkańców, czasem dostaje tytuły szlacheckie i stopnie w marynarce wojennej, mieszka we własnym kraju i legalnie wydaje zdobyte pieniądze. W razie wzięcia do niewoli jest traktowany dokładnie tak samo jak jeńcy z okrętów wojennych czy statków handlowych.

Natomiast PIRAT to osoba wyjęta spod prawa nawet w państwie, które jest jego ojczyzną. Nie ma i nie potrzebuje od nikogo żadnego upoważnienia do atakowania żeglugi i nie potrzebny mu stan wojny, by to czynić. W związku z tym nie musi odróżniać bander atakowanych jednostek, a nawet jeśli z własnego wyboru tak czyni, nie ma to żadnego znaczenia prawnego. Nie przestrzega żadnych praw, poza tymi, które sam sobie narzuci, więc od strony legalnej jest absolutnym przestępcą. Jego okręt nie może jawnie zawinąć do żadnego portu państwowego w dowolnym kraju, ani być tam remontowany, pod groźbą natychmiastowego zajęcia. Jego działalność nie może być otwarcie sponsorowana przez jakiegokolwiek obywatela państwa. W razie schwytania przez kogokolwiek podlegał w dawnych czasach prawie automatycznie karze śmierci, chociaż nieprawdą jest, że jakoby bez sądu. Nikt nie kontroluje jego poczynań (chyba że inny, silniejszy pirat), ale też nikt nie zapewnia mu żadnej ochrony.

To definicyjne odróżnianie piratów od korsarzy dobrze się sprawdzało w czasie wojny między dwoma cywilizowanymi i na dodatek europejskimi krajami (chodzi o zdefiniowanie w tym rejonie omawianego pojęcia, które wcale nie musiało pasować do zupełnie innych kultur, także wysoko cywilizowanych), w zaawansowanym okresie rozwoju żeglugi, gdy istniały już silne marynarki wojenne reprezentujące interesy państwa, np. podczas francuskich wojen rewolucyjnych i napoleońskich, ale także sporo wcześniej.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 7:03, 14 Mar 2016    Temat postu:

Korsarzy wysyłały wszystkie lub prawie wszystkie państwa czy zbliżone organizmy społeczne mające dostęp do morza. Na pewno działali korsarze (kaprzy) angielscy, szkoccy, francuscy, brytyjscy, hiszpańscy, polscy, gdańscy, hanzeatyccy, szwedzcy, duńscy, z państewek włoskich, tureccy, północnoafrykańscy, amerykańscy, niderlandzcy i zapewne wielu innych.
Francuskie korsarstwo z lat 1793-1815 było niezwykle ciekawe i znacznie bardziej skomplikowane od w dużej mierze zmyślonych opowieści dla młodocianych o kapitanach Surcoufie, Bavastro czy Lafitte, koloryzowanych i przekłamywanych dla podbudowania „dumy narodowej”. Jego chwilowy rozkwit lub upadek był pochodną wielu czynników – stosunku rządu Francji (który czasem wspierał i zachęcał swoich obywateli do uprawiania tego rzemiosła, czasem był mu obojętny, niekiedy zdecydowanie wrogi jako konkurencji dla marynarki wojennej pod względem bazy ludzkiej), obfitości potencjalnej zdobyczy na morzach, systemu ochrony nieprzyjacielskiej żeglugi, konkurencji finansowej innych form zarabiania pieniędzy przez armatorów, dostępności marynarzy itd. Trzeba bowiem pamiętać, że w realnym korsarstwie, odartym z bajkowego, książkowego romantyzmu, chodziło o PRZEDSIĘWZIĘCIE KOMERCYJNE, którego celem ostatecznym miał być zysk! Jednak w tych rozważaniach zamierzam zajmować się tylko kwestiami prawnymi, a w takim kontekście niezwykle istotne jest zagadnienie traktowania w Wielkiej Brytanii jeńców z licznie wpadających w brytyjskie ręce francuskich jednostek korsarskich. Jak wiadomo, ich los był w tym okresie przeciętnie bardzo ciężki, co wynikało przede wszystkim z nowego, „rewolucyjnego” podejścia Francuzów. W licznych wojnach toczonych przez królestwa Francji i Wielkiej Brytanii w XVIII w. życie jeńców toczyło się względnie znośnie, a okresy pobytu w niewoli trwały na ogół krótko. Wynikało to z faktu, że wzięci do niewoli nadal pozostawali członkami swoich własnych sił zbrojnych, stąd byli zaopatrywani w środki do życia, odpowiedni do rangi żołd itp. przez kraj rodzinny. Wypracowano prawie doskonałe systemy porównywania „znaczenia” poszczególnych rang, więc admirała, komandora itd. można było wymienić za sprecyzowaną liczbę oficerów niższych rang lub marynarzy. Pozwalało to na w miarę płynne i szybkie odsyłanie wszystkich wziętych jeńców w zamian za „ekwiwalentną” liczbę własnych żeglarzy. Ponadto honor oficerski był niemal zawsze równoznaczny z honorem szlacheckim, zatem odesłanie kogoś „na słowo” nie groziło powrotem tej osoby w szeregi walczących przed załatwieniem faktycznej wymiany.
Rewolucja francuska i potem epoka napoleońska przekreśliły większość z tych tradycyjnych mechanizmów. Francuzi bardzo licznie zasilali obozy jenieckie w Wielkiej Brytanii, sami wyłapując znikome ilości przeciwników (z grona brytyjskich żeglarzy oczywiście). Rząd Francji doszedł więc do kapitalnej konkluzji, że on bierze na siebie utrzymanie tej małej grupki jeńców z Royal Navy, a „w zamian za to” oczekuje od rządu Wielkiej Brytanii utrzymywania ogromnych rzesz Francuzów na ziemi brytyjskiej. Francja przestała też honorować dawne - równe dla wszystkich walczących stron - przeliczniki wymiany, żądając innych, absurdalnie korzystnych dla siebie. Francuscy oficerowie z awansu społecznego, nawet jeśli dostawali z czasem hrabiowskie i książęce tytuły od Napoleona, zachowywali często mentalność z klas, z których się wywodzili i traktowali słowo honoru jako zabawną metodę okłamywania łatwowiernego przeciwnika. Zresztą także reżim rewolucyjny czy cesarski nie zamierzał pobłażać swoim wojskowym, którzy z powodu takiej „bzdury” jak honor, mieliby się uchylać czasowo do walki. Brytyjczycy, postawieni przed faktami dokonanymi, odpowiadali zaciskając pasa na brzuchach głodujących jeńców, zaostrzali kary za próby ucieczki, likwidowali przywileje osobom notorycznie łamiącym zobowiązania, ograniczali wymianę, pogarszając i tak z natury ciężki los wziętych do niewoli – chociaż, o czym często i CELOWO się zapomina, ten ostatni dotyczył niemal wyłącznie zwykłych marynarzy i podoficerów. Dla omawianego zagadnienia jest jednak ważne, jak na tym tle prezentowało się podejście władz brytyjskich do jeńców z żaglowców korsarskich.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 7:20, 15 Mar 2016    Temat postu:

W pierwszych chwilach po pojmaniu traktowano ich jak wszystkich, przede wszystkim starając się ustalić prawdziwą przynależność jednostki, sprawdzając autentyczność listu kaperskiego, narodowość jeńców (trafiający się czasem Brytyjczycy byli uważani za zdrajców, bez względu na to, czy służyli na nieprzyjacielskim żaglowcu wojennym czy korsarskim, i podlegali karze śmierci), także listę załogi razem z przynależącymi do poszczególnych osób płacami. Typowi dla ówczesnego środowiska żeglarskiego marynarze ze wszystkich krajów świata, nawet z tych nie toczących wojny z Wielką Brytanią, uważani byli za legalnych kombatantów, zapisywanych jako „Francuzi” albo „Holendrzy”. Czasem wręcz odzyskiwali od razu wolność, jeśli przekonali sąd, że właściwie ich obecność na pokładzie zdobytego okrętu była przypadkowa i nie brali udziału w walce. W pierwszym roku wojny z rewolucyjną Francją umieszczano wszystkich jeńców – z okrętów wojennych, ze statków handlowych i korsarskich – razem, w więzieniach na lądzie. Nota bene warunki były całkiem niezłe, a śmiertelność dużo niższa niż na własnych okrętach wojennych – dopiero potem przepełnienie wymusiło użycie hulków i drastyczne pogorszenie życia.
Od początku pewien problem dotyczył oficerów z francuskich żaglowców korsarskich. Brytyjczycy uważali, że status socjalny tych ludzi w żadnej mierze nie dorównuje oficerom marynarki czy armii Francji. Nikt ich nie traktował jak przestępców, ani w ogóle gorzej niż zwykłych jeńców, jednak byli umieszczani z własnymi marynarzami, istniała zaś GIGANTYCZNA różnica między warunkami życia zwykłych żeglarzy i podoficerów w więzieniach lądowych i na hulkach, a tym, czego doświadczali oficerowie, którzy mogli dać słowo, że nie będą próbować ucieczki przed wymianą. Mieli pewne ograniczenia terytorium, po którym wolno było im się przemieszczać i zobowiązywali się nie opuszczać w nocy domów, gdzie mieszkali. Poza tym płacili za swoje utrzymanie i za swoich ordynansów oraz służących (jeśli chcieli ich mieć). Mogli też mieszkać z żonami (własnymi) i dziećmi. Paskudny rząd angielski wypłacał im (bo francuski odmówił) skromne pensje i ponadto zasiłki na utrzymanie rodzin. Jak wyglądało to koszmarne życie wziętego do niewoli francuskiego oficera wśród wrednych, prześladujących go Angoli, opowiedział jeden z nich, baron de Bonnefoux: „[W Odinham] znalazłem dość dużą liczbę osób nieobecnych we Francji krócej niż ci z poprzedniego miejsca mojego pobytu. Byli w większości weseli, przyjacielscy i starali się zapomnieć złe strony swojej sytuacji. Aby zagłuszyć fakt pobytu w niewoli mile spędzali czas. Stworzyli towarzystwo filharmoniczne, lożę masońską i teatr. Byłem zachwycony ich wesołą kompanią. Nie zaniedbywałem zaplanowanej pracy, ale przy dobrej organizacji czasu mogłem stawić czoła wszystkiemu. Zgłosiłem się do towarzystwa filharmonicznego, do którego należeli bardzo dystyngowani amatorzy. Wstąpiłem też do loży masońskiej [...], na koniec rzuciłem się ku karierze teatralnej. Sala była przygotowana, udekorowana przez jeńców; aktorzy i aktorki – ja nie miałem wybitnego talentu – też pochodzili z grona jeńców; na koniec kostiumy, scenariusze, muzykę, kuplety, orkiestra, kompozycje i aranżacja były naszym dziełem. Było to niewyczerpane źródło zajęcia; świetnie się bawiliśmy. Anglicy szaleli za tymi przedstawieniami; niektórzy przyjeżdżali nawet z Londynu, by nas zobaczyć i naprawdę, wszystko było w bardzo dobrym guście”. Jak pisał badacz tych zagadnień, Stanisław Kirkor: „Oficerowie [jeńcy francuscy w Wielkiej Brytanii] byli zapraszani jako goście do domów ważniejszych obywateli w mieście i do dworów ziemiańskich w okolicy. Rewanżowali się przyjęciami w gospodach, koncertami, teatrem, urządzaniem tańców. Oczywiście nie brakło romansów i małżeństw”.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 6:47, 16 Mar 2016    Temat postu:

Otóż na taką właśnie katorgę nie chciano w początkach wojny z rewolucyjną Francją pozwalać w Wielkiej Brytanii oficerom okrętów korsarskich. Jednak w lutym 1795 r., kiedy odpowiedzialność za jeńców wojennych przeniesiono na Biuro Transportów (Ministerstwo Transportu), pierwsi z nich otrzymali możliwość samodzielnego mieszkania po daniu słowa honoru. Polityka ta była bardzo chwiejna i zmieniała się co kilka miesięcy, by w sierpniu 1795 „ostatecznie” zdecydować o ponownym zamykaniu oficerów żaglowców korsarskich z marynarzami. Jednak Brytyjczycy czuli się zmuszeni czynić wyjątek dla tych kapitanów korsarskich, którzy (nierzadkie u Francuzów przypadki) mieli równocześnie w marynarce wojennej stopień porucznika, więc de facto byli oficerami w strukturach państwowych. W październiku 1796 r. dogadano się jeszcze inaczej – uzgodniono, że odtąd za przynależnych do stanu oficerskiego, a więc „zdolnych” do dawania słowa, będzie się uważać oficerów żeglujących na okrętach mających minimum 14 dział lawetowych. Oznaczało to postęp, ale nie wszystkim przyniósł on szczęście – jeśli podczas pochwycenia dowodzili załogą pryzową na jakimś statku handlowym, musieli UDOWODNIĆ, że ich jednostka macierzysta miała przynajmniej 14 dział na lawetach, co często było bardzo trudne, albo wręcz niemożliwe. W efekcie większość oficerów z żaglowców korsarskich nadal trafiała z szeregowymi marynarzami do więzień lub na hulki, żyjąc w tych samych co oni, ciężkich, nieraz tragicznych warunkach, przy dużej śmiertelności. Z drugiej strony ich naturalna przedsiębiorczość, hart ducha i siła fizyczna powodowały, że nazwiska tych ludzi proporcjonalnie nadzwyczaj często pojawiają się w wykazach osób pomyślnie zbiegłych z Wielkiej Brytanii.
Korsarze mogli się też czasem uskarżać na inny aspekt. Wszystkich wziętych do niewoli umieszczano na tych samych listach do wymiany jeńców, więc teoretycznie każdy miał szansę powrotu do kraju w momencie, kiedy nadeszła jego kolejka, dyktowana tylko datą pochwycenia. Jednak istnieją dowody, że zarówno niektórzy brytyjscy komisarze Ministerstwa Transportu, jak francuscy agenci od spraw wymiany, celowo dyskryminowali załogi małych jednostek korsarskich, przesuwając ich w dół listy.
Pomimo tych perturbacji, powszechne uznawanie korsarstwa za legalne w tamtym okresie jest jednak całkowicie jasne. Brytyjczycy piratów wszelkich nacji wieszali, a niektórym oficerom z francuskich jednostek korsarskich wypłacali pensje i zasiłki.

Oczywiście taki stosunek obowiązywał nie tylko względem korsarzy francuskich. Podczas wojny angielsko-amerykańskiej 1812-1814 w ręce Anglików wpadło wielu Amerykanów służących na okrętach korsarskich i w razie braku wątpliwości co do obywatelstwa byli traktowani dokładnie tak samo jak jeńcy z US Navy. W praktyce występowało tu dużo zgrzytów, ponieważ dezerterzy z armii i floty brytyjskiej, jak najbardziej obywatele Wielkiej Brytanii, mieli w zwyczaju kupować sobie takie niby obywatelstwo amerykańskie, sprzedawane za parę dolarów w wielu portowych miastach przez miejscowych cwaniaków i pazerne magistraty. Nie potrafiono przez to jednoznacznie i w pełni sprawiedliwie rozstrzygać kwestii oskarżania jako zdrajców ludzi o taką rzecz podejrzanych. Jednak te praktyczne kłopoty nie zmieniały nadrzędnej zasady uznawania korsarzy obcego państwa za całkowicie pełnoprawnych kombatantów.

Korsarze w tych czasach nie stawali też w ogóle przed sądami po schwytaniu, chyba że znaleźli się oskarżyciele i świadkowie zarzucający im popełnienie zbrodni (na ogół piractwa). Ale to mogło dotyczyć każdego, łącznie z oficerami państwowej marynarki wojennej i armii, więc odnosiło się do indywidualnych czynów potępianych – przynajmniej oficjalnie - przez wszystkie rządy, a nie profesji korsarskiej jako takiej.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 7:13, 17 Mar 2016    Temat postu:

Znakomici korsarze początków XIX w., jak Surcouf, Lememe, Dutertre czy Blanckmann, zyskiwali też poważanie we własnym kraju, zdarzało im się zajmować wysokie pozycje społeczne, bywali nagradzani przez państwo. W oczach ówczesnych ludzi trudnili się rzemiosłem godnym szacunku. Wcześniej, w XVI, XVII i XVIII w. udziałowcami wypraw i kompanii korsarskich bywali książęta i królowie, całkiem jawnie, ponieważ był to powód do dumy, nie wstydu. W tym samym czasie piratów stawiano poza nawiasem społeczeństwa, uważano za bandytów najgorszego sortu i bezwzględnie tępiono. Jest więc jasne, że - wbrew hollywoodzkim i podobnym produkcjom oraz powieściom (lub ich tłumaczom) – to były, przynajmniej oficjalnie i formalnie, zupełnie różne grupy ludzkie. Chociaż jedni i drudzy zajmowali się rozbojem na morzach, to utożsamianie prawne korsarzy z piratami jest żenującym błędem.

Wydawałoby się zatem, że wszystko mamy rozstrzygnięte – wystarczy trzymać się ściśle definicji.
A jednak na przestrzeni dziejów ten obraz i rozdział DALEKIE BYŁY OD PEŁNEJ KLAROWNOŚCI. Czasem całkiem jednoznaczne przypisanie poszczególnych osób oraz ich działań do określonej kategorii w ogóle nie wydaje się możliwe.

Zaczęło się już u zarania żeglugi. Greckie i fenickie wyprawy w basenie Morza Śródziemnego oraz Morza Czarnego, o pięknych odbiciach w mitach, miały często charakter wypadów zgoła pirackich. Pojęcie korsarstwa wtedy nie istniało, ale dla tych, którzy uczestniczyli w tych ekspedycjach, nie miały one w sobie nic pejoratywnego - wręcz przeciwnie, były symbolem chwały i powodem snucia bohaterskich opowieści, podobnie jak wieki później działalność wikingów. Dla rabowanych, gwałconych, mordowanych lub branych w niewolę mieszkańców dotykanych nimi ziem, ataki te nie miały w sobie nic romantycznego, więc dla nich napastnicy nie byli w niczym lepsi od pospolitych piratów. Jednak atakujący nie wracali w polityczną próżnię, do jakichś ukrytych przed wzrokiem wszystkich baz pirackich, tylko – syci chwały i łupów – do swoich coraz sprawniej rozwijających się cywilizacji. Trudno więc uznać ich za wyrzutków społeczeństwa, nie pasują do żadnych późniejszych definicji. Potem, kiedy Grecy i Fenicjanie zajmowali się przede wszystkim handlem i zakładaniem wzdłuż wybrzeży licznych kolonii, a także w epoce, gdy ich cywilizacje przejął i zniszczył lub kultywował świat rzymski, nigdy nie brakowało „klasycznych” piratów. Niekiedy wręcz roili się, zwłaszcza na Adriatyku i Morzu Egejskim. Chociaż tworzyli czasem potężne floty i byli wynajmowani przez wielkie mocarstwa, a nawet przez wodzów walczących o panowanie nad samym Rzymem, to zazwyczaj na co dzień znajdowali się już poza nawiasem zwykłych społeczności. Nie zostawali greckimi armatorami czy rzymskimi urzędnikami, nie odkładali broni czekając na nową, oficjalną wojnę, tylko toczyli ją stale, aczkolwiek nie zawsze przeciw wszystkim. Te zmiany nie dokonały się jednak nagle i nie miały całkiem jednoznacznego charakteru. Nadal pokojowi kupcy greccy czy feniccy handlowali z silnymi ludami mającymi cenne towary, ale nie gardzili też rozbójniczymi napadami na słano bronione i ubogie tereny, gdzie najcenniejszym dobrem byli ludzie, których dało się zamienić w niewolników. Narodowości oskarżały się więc wzajemnie, nie bez racji, o czyny przypisywane zwykle piratom. W omawianym zagadnieniu nie ma większego znaczenia wspomniany wyżej fakt, że podczas wojen „prawdziwi” piraci byli zatrudniani pojedynczo oraz w wielkich zespołach przez wielu władców, a po nastaniu pokoju wracali do swoich „codziennych zajęć”, czyli łupienia kogo popadnie. Nie byli bowiem korsarzami nawet w czasie działań wojennych, tylko działali wtedy w zwartych flotach jako najemnicy. Ale macedoński Filip V wpadł w 204 p.n.e. na inny pomysł: aby sfinansować budowę planowanej silnej marynarki własnej i zrujnować potencjalnych przeciwników, zaangażował rozmaitych piratów (głównie z Krety i Etolii), by już w czasie pokoju napadali w rejonie Morza Egejskiego na każdego, kto się dał złupić, i dzielili z nim zdobyczami. Powstaje problem (który będzie powracał), jak tych ludzi nazywać. Biorąc pod uwagę późniejsze definicje spełniali kilka z warunków bycia korsarzami. Działali na polecenie państwa, pod jego opieką, dzielili się z władcą łupami. Ale napadali na (przyszłych) przeciwników bez oficjalnego wypowiedzenia wojny! Czy zatem byli korsarzami czy piratami?
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 6:49, 18 Mar 2016    Temat postu:

Kolejny problem klasyfikacyjny (też powtarzający się w historii) stwarzały kraje z mieszkańcami trudniącymi się masowo rozbojem na morzu przy pełnej akceptacji i ochronie swoich władców, dla których była to specyficzna, często uświęcona tradycją, forma polityki morskiej. Oczywiście wszyscy sąsiedzi, neutralni kupcy, ludzie żyjący na odległych, ale mimo tego napadanych wybrzeżach nie mieli najmniejszych wątpliwości, że stykają się z okrutnymi piratami i pirackimi państwami. Jednak po wypadzie owi piraci nie dzielili łupów na bezludnych wysepkach, nie ukrywali się przed zwykłą społecznością, nie tworzyli żadnych pirackich bractw. Wracali w chwale do własnego kraju, gdzie czekały ich żony i dzieci, gdzie istniało zorganizowane społeczeństwo osiadłe, normalna wytwórczość, rolnictwo, hodowla, a władcy obejmowali rządy na zasadzie dziedziczenia (na ogół z nie większą ilością zamachów i uzurpacji, niż w „normalnych” monarchiach). Taką politykę morską prowadził np. król Ilirii, Gentios, chociaż paru jego poprzedników na tronie tępiło piratów. Czy zatem jego poddani, realizujący wojnę na modłę piracką, ale na życzenie władzy, byli z późniejszego punktu widzenia piratami czy korsarzami?

W średniowieczu już w pełni odróżniano - na poziomie teoretycznym - korsarzy i piratów. Na północy Europy floty państwowe długo nie imponowały liczebnością (aparat fiskalny był zwykle za słaby dla ich utrzymywania), więc na wielką skalę posługiwano się rozbójnikami morskimi, których prawa i obowiązki ściśle regulowano w listach kaperskich (oraz wcześniejszych, podobnych dokumentach), co tych ludzi powinno było zdecydowanie odróżniać od działających na własną rękę – i przeciw wszystkim - piratów. Średniowiecze jest pod tym względem w ogóle zaskakujące, ponieważ kładziono duży nacisk na dokładne ustalenia prawne, których potem nikt nie przestrzegał! Już przed połową XIII w. król Anglii pozwalał osobom prywatnym na atakowanie jego wrogów na morzu, wystawiając im odpowiednie upoważnienia i umawiając się w kwestii podziału łupów. Pod koniec tego samego stulecia doszło nowa forma, znana pod nazwami letter of marque and reprisal, lettre de marque. Dostawali ją właściciele i szyprowie zwykłych statków handlowych, nie wysyłanych specjalnie w celu prowadzenia wojny morskiej na własną rękę (jak w przypadku „regularnych” korsarzy), ale za to upoważnionych podczas rejsów z towarami do atakowania słabszych jednostek przeciwnika, gdyby nadarzyła się stosowna okazja. Miała to być forma rekompensaty (samodzielnego wypłacania sobie zadośćuczynienia) za prawdziwe lub rzekome szkody zadane przez współrodaków atakowanego. Prowadziło to oczywiście prostą drogą do niesłychanego rozwoju rozbójnictwa – jeśli angielski pirat zdobył gdański statek, a władca Anglii nie mógł lub nie chciał zapłacić odszkodowania, Gdańsk mógł upoważnić poszkodowanego armatora, aby powetował sobie straty na dowolnym innym angielskim żaglowcu. Rzecz jasna, właściciel tego ostatniego dostawał zezwolenie na odbicie sobie strat na jakiejkolwiek jednostce gdańskiej i tak dalej! Tym niemniej obie formy kaperstwa długo istniały obok siebie, wyraźnie rozróżnialne, i dopiero w okolicach przełomu XVIII i XIX w. zaczęto traktować je CZASEM jako tę samą działalność pod różnymi nazwami. Zarówno w czasie wojny trzynastoletniej, w epoce napoleońskiej, jak jeszcze podczas wojny krymskiej jednostka cywilna mogła zaatakować (nie mam oczywiście na myśli obrony, zawsze dozwolonej) i zdobyć dowolny, należący do nieprzyjaciela okręt wojenny, korsarski czy handlowy tylko pod warunkiem posiadania takiego lettre de marque – inaczej był to akt jawnego piractwa, czegokolwiek nie próbowaliby wymyślić, przekręcić czy ukryć polscy „patrioci” opisujący z entuzjazmem rozgromienie duńsko-inflanckiej flotylli 16 statków przez 3 statki gdańskie koło Bornholmu 14/15 sierpnia 1457 r. albo fanatyczni frankofile przy opowiadaniu o rozbojach Roberta Surcoufa w okresie 3.09.1795-10.03.1796.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 7:45, 19 Mar 2016    Temat postu:

W średniowieczu praktyka całkowicie przeczyła prawu, między innymi dlatego, że wojny na morzu prowadzono w sposób niezwykle okrutny. Wbrew opowiadaniom o szlachetnym ratowaniu rozbitków, wplatanym w narrację książek niby popularnohistorycznych, lecz naprawdę z silnym akcentem na umoralnianie dzieci, w rzeczywistości zwykłych marynarzy pokonanego okrętu, za których nie dało się wziąć okupu, zazwyczaj topiono, wieszano na rejach lub ścinano. Napadani, jeśli wygrali, odwdzięczali się tym samym. Kapitanowie z listami kaperskimi z reguły zupełnie nie przejmowali się ich treścią, atakując przy nadarzającej się okazji kogo popadnie. Skrajnym przykładem może służyć przypadek opisany przez Iana Friela w pracy „The Good Ship”, kiedy w 1440 r. wielki angielski statek Christopher, należący nie do pirata, ale do wybitnego i potężnego obywatela Dartmouth oraz armatora, specjalnie zaatakował mały angielski statek George z Wells próbując go zdobyć i obrabować. Poza tym trudno było przestrzegać praw wojny kaperskiej w sytuacji, gdy pojęcie jednostek i towarów neutralnych (w zasadzie do dzisiaj nierozstrzygnięte jednoznacznie) praktycznie nie istniało, kiedy kaprzy po wygaśnięciu związku z jednym wystawcą listów kaperskich chętnie przechodzili na służbę dotychczasowego wroga, a i tak cały czas nie gardzili piractwem, gdy w końcu floty państwowe poczynały sobie (z poparciem monarchów!) dokładnie jak piraci, atakując nawet sojuszników (!!!), jeśli nadarzyła się okazja ich złupienia. Słynni Bracia Witalijscy rozpanoszyli się na Bałtyku, kiedy podczas 20-letniej wojny (1375-1395) o tron szwedzki między pretendentami skandynawskimi i meklemburskimi, piraci byli przyjmowani do służby przez jedną albo drugą stronę – w zależności od rozwoju sytuacji – i wtedy działali pozornie w ramach legalnego korsarstwa. Szczyt tej formy ich aktywności zaczął się w 1390 r. Rok wcześniej król szwedzki Albrecht z dynastii meklemburskiej dostał się do niewoli duńskiej królowej Małgorzaty, więc teraz książęta Meklemburgii zawarli przeciwko niej wielkie przymierze z rycerstwem i miastami (przede wszystkim Rostockiem i Wismarem) ziem północnoniemieckich. Rostock i Wismar na wiosnę wydały manifest głoszący, że otwierają swoje porty tym wszystkim, „którzy na swoje własne ryzyko chcą iść i działać, bogactwa Danii szarpać”. Wojna została wypowiedziana, kaprzy wysłani z wyraźnym poleceniem władzy państwowej i wskazanym przeciwnikiem, więc formalnie chodziło o wojnę kaperską. Lecz w sytuacji, gdy większość przewozów na Bałtyku realizowana była za pomocą statków innych miast hanzeatyckich, które to miasta nie zamierzały zrezygnować z handlu z Danią, Norwegią i Szwecją, ofiarą ataków kaprów hanzeatyckich (Wismaru i Rostocku) padali głównie Hanzeaci innych miast. W tej sytuacji ani myśleli uważać napastników za cokolwiek innego niż piratów, którymi zresztą oni naprawdę byli, napadając na każdą dającą się schwytać jednostkę, nie bacząc na intencje tych, którzy ich na morze wysyłali. Po 1395 r. upadł jakikolwiek pretekst korsarski, więc Bracia Witalijscy powrócili do czystego piractwa. Problem jednak stale się powtarzał, wobec braku stosownych uregulowań prawnych. Gdy w 1416 r. wybuchła wojna między hrabiami Holsztynu a Erykiem VII, królem Danii, obie strony wysyłały kaprów (wróciła nawet nazwa Braci Witalijskich), ale Hanza nie zamierzała ich uznawać za legalnych korsarzy, skoro napadali na jej statki, i za pomocą „kog pokoju” tępiła wszystkich na Morzu Północnym i Bałtyku. Kiedy jednak w 1426 r. hanzeaci z miast wendyjskich (Lubeka, Wyszomierz czyli Wismar, Roztoka czyli Rostock, Strzałów czyli Stralsund, Hamburg, Lüneburg) przyłączyli się do tej wojny po stronie hrabiów Holsztynu, nagle zmienili zdanie na temat praw żeglugi neutralnej i ogłosili, że zabraniają utrzymywania stosunków handlowych z Danią, Szwecją i Norwegią, a nieprzestrzegający tego zakazu sami będą sobie winni poniesionych strat. Oblicza się, że dwa lata później wśród załóg okrętów hanzeatyckich liczących w sumie 12 tysięcy ludzi, znajdowało się co najmniej 600 byłych piratów. Na dodatek, jak prawie zawsze w tych czasach, kaprzy mieli w nosie postanowienia zawarte w swoich listach kaperskich.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 6:56, 20 Mar 2016    Temat postu:

W 1427 r. korsarze z Wyszomierza i Roztoki uzupełniali swoje łupy napadami na statki kupieckie z Lubeki, Strzałowa, miast pruskich i Krzyżaków, grabili wybrzeża i oddawali się zbójectwu na każdym opłacalnym polu. Kaprzy ze wspomnianych miast i Lubeki nie wahali się w następnych latach (walcząc oficjalnie z królem Danii!) pustoszyć wybrzeży Prus i Inflant. Rzecz jasna wywoływało to kontr-represje, a procesy o zabrane towary neutralne, aresztowania kupców miast zaangażowanych w działalność kaperską, rekwirowanie ich towarów itp. trwały przez następne kilkadziesiąt lat! W 1433 r. Hamburg zorganizował wielką wyprawę przeciwko piratom fryzyjskim w ujściu rzeki Ems i zniszczył ich tamtejsze bazy. Czterdziestu wziętych do niewoli ścięto, a ich głowy wbito na pale. Ale już pięć lat później tenże sam Hamburg zatrudnił rozproszonych niedobitków jako korsarzy, w związku z nowymi potrzebami. W 1438 r. wybuchła bowiem wojna miast wendyjskich z Holendrami, w której obie strony posługiwały się kaprami, w tym samym roku zaczął wysyłać z Gotlandii swoich kaprów Eryk duński wygnany z królestw skandynawskich, potem (od 1449) robił to z Darłowa, a z Gotlandii wypływali korsarze nowego władcy Danii, Chrystiana Oldenburskiego, od 1451 pojawili się kaprzy w służbie pretendenta do tronu szwedzkiego, Karola Knutssona oraz inni, wyprawiani przez Gerda oldenburskiego, popierającego brata. Podczas wojny z Holandią i Zelandią kaprzy Bremy, wyposażeni w szczegółowe listy kaperskie przez senat swojego miasta, napadali sobie na wszystkie inne statki hanzeatyckie i rabowali je, jeśli znaleźli towary holenderskie lub zelandzkie. Przy tylu stronach walczących i tylu potencjalnych ofiarach, „kaperskość” napastników była prawie fikcją i możliwość potraktowania ich jako piratów niemal nieograniczona. Podczas wojny trzynastoletniej kaprzy wysyłani w imieniu króla polskiego przez Gdańsk też posiadali listy kaperskie, więc formalnie znowu wszystko było w porządku. Ale i tym razem kwestia miała wiele innych aspektów. Dla Krzyżaków gdańszczanie byli tylko zbuntowanymi poddanymi, a jeśli poddany atakuje okręty swojego suwerena (akt oddania się pod panowanie króla Polski nie był oczywiście uznany przez Zakon), jest piratem. Przerwanie dostaw do ziem krzyżackich, główny cel korsarstwa strony miast pruskich, uderzało rzecz jasna w tych, którzy towary tam wozili. Własna flota Krzyżaków była skromna, więc ofiarami ataków padali przede wszystkim znowu inni hanzeaci oraz Duńczycy, Inflantczycy, Holendrzy, czyli ludzie, których organizacje terytorialne najczęściej nie były w stanie wojny ani z miastami pruskimi, ani z Polską. Skoro tak, uważali atakujących za piratów, nie korsarzy. U nas, dla potrzeb patriotyczno-dydaktycznych, najczęściej wygładza się ten obraz do granic możliwości, przemilczając wszystkie niewygodne detale. Oczywiście kaprzy mieli wszelkie prawo atakować statki wyraźnie zmierzające do portów krzyżackich lub z nich wychodzące, rzecz jednak w interpretacji tego prawa i uznaniu, kiedy jest oczywisty dowód na taki kierunek dostaw. Wszyscy zgadzali się co do legalności blokady nieprzyjacielskich wybrzeży, jeśli sami byli stroną atakującą i kategorycznie jej zaprzeczali (ci sami ludzie i państwa!), gdy znaleźli się w gronie atakowanych. Moralność Kalego zawsze święciła tryumfy w stosunkach międzypaństwowych (tak jak w ocenie wydarzeń historycznych), i – podobnie jak dziś – wielu nie dostrzegało nawet śmieszności w popisywaniu się nią.
Kaper gdański Mateusz Schulte (w jego ślady poszli zresztą inni) tak elastycznie zdefiniował sobie blokadę Inflant, że zamiast szwendać się wzdłuż wybrzeży tego kraju, zaczaił się po drugiej stronie Bałtyku, w ujściu Trawy tuż koło Lubeki, i pod nosem najważniejszego miasta Hanzy rabował statki podczas wchodzenia do tego portu, uważając swoją działalność za legalną, jeśli napadane żaglowce miały na pokładzie inflanckie towary. Jego zuchwałość rozwścieczyła lubeczan – wysłali swoich kaprów, pochwycili go i ścięli razem z 22 członkami załogi. Uczynili tak mimo protestów gdańszczan i mimo faktu, że Schulte miał – jako pierwszy znany nam z dokumentów gdański kaper – nie tylko formalny list kaperski, ale wyraźnie zawarte w nim sformułowanie, że został wysłany na rozkaz Kazimierza, króla Polski!
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 7:51, 21 Mar 2016    Temat postu:

Gdańszczanie byli postępowaniem Lubeki niezmiernie oburzeni, ale gdy w ręce rajców Gdańska wpadli w 1458 r. żeglarze dowodzeni przez Duńczyka Jonasa Matzkena i Szweda Jana Heinrichsena, próbujący działać w okolicach Helu dokładnie tak samo jak Schulte pod Lubeką, a Klockener, Bornholm i Ertmann pod Stralsundem, zaś Bunde pod Roztoką (ci kaprzy gdańscy wdzierali się do samych portów hanzeatyckich, rabowali wszystko, co się dało, mordowali wziętych do niewoli, pustoszyli osady na lądzie), to oczywiście ogłosili schwytanych piratami i prawie wszystkich (75) uroczyście ścięli 14 września na tzw. polu Dominika, zatykając ich głowy na palach nad Motławą [opieram się na zapisie z Kroniki Pruskiej; Marian Biskup sięgając do Hansisches Urkundenbuch nazywał przywódcę Duńczyków („pirata”) Jessem Mortensenem i podawał liczbę 60 straconych].
Na innych morzach działo się oczywiście tak samo. Zdawano sobie sprawę, że jedną z przyczyn rozpanoszenia się piractwa jest masowe zatrudnianie piratów w charakterze kaprów. Ale sama świadomość niewiele mogła wpłynąć na sytuację. Król Anglii Henryk V (panował 1413-1422) zabronił wystawiania listów kaperskich, ale już dwa lata po wydaniu tego zakazu sam zaczął je wystawiać, ponieważ nie potrafił znaleźć innego sposobu na zwalczanie... piratów! Zresztą, jak u innych władców, jego podejście do całości problemu cechowało się całkowitym brakiem konsekwencji. W 1416 r. przyjął jako prezent 56-tonowego balingera od Johna Hawleya z Dartmouth, o którym piszę niżej. Prawo do „kompensowania” sobie na własną rękę poniesionych strat oraz praktyka legalnego zatrudniania byłych piratów prowadziły do niebywałego chaosu. Do przykładnych obywateli angielskich początków XV w. należeli np. Harry Pay z Poole oraz dwaj mieszkańcy Dartmouth o imieniu i nazwisku John Hawley (ojciec i syn). Ten pierwszy specjalizował się w pirackich napadach na hiszpańskie statki z Bilbao i splądrował miasto Gijon. Jego terenem łowieckim były wody od okalających francuskie wybrzeża w kanale La Manche do Gibraltaru. Od 1404 r. został zaangażowany przez króla Anglii, Henryka IV, dla „niszczenia królewskich wrogów”, co czyniło go wprawdzie kaprem, lecz w żaden sposób nie zadowalało Hiszpanów. Flota kastylijskich galer zimą 1405 r. zaatakowała więc w odwecie jego rodzinne Poole. Johnowi Hawleyowi starszemu ani wielokrotnie dzierżone stanowisko burmistrza Dartmouth, ani członkowstwo w angielskim parlamencie nie przeszkadzało w pirackim rabowaniu statków zagranicznych kupców w latach panowania Ryszarda II (1377-1399) i Henryka IV (1399-1413). John Hawley młodszy, także członek parlamentu i w latach 1422-1431 sędzia pokoju (sic!), pomagał królowi Henrykowi V w 1419 i 1420 utrzymywać spokój na morzu, a „przy okazji” dorabiał sobie rabowaniem innych statków, jak bretońskiego w 1414 czy szkockiego w 1427. Wśród ofiar miał podobno także jednostki francuskie, hiszpańskie, włoskie i... angielskie. Gdy William Soper złupił hiszpański statek w 1413 r., sąd zmusił go do oddania części towarów kupcom i armatorowi, ale równocześnie sam żaglowiec został uznany za prawidłowo zdobyty pryz (bo chciała go sobie przejąć i ostatecznie przejęła korona angielska), a pirat dostał wysoką posadę we flocie króla Anglii. Kiedy wymiana dynastii Plantagenetów na dynastię Lancasterów (1399 r.) była początkowo uznawana przez Francję za uzurpację, Francuzi wspierali zbrojnie przeciwników nowego monarchy, wyłapywali angielskie statki kupieckie na wodach kanału La Manche, plądrowali wybrzeża wyspy Wight, atakowali Plymouth, a wszystko bez wypowiedzenia wojny, bo przecież niby jedynie pomagali legalnemu władcy. Oczywiście Anglicy rewanżowali się własnymi niszczącymi najazdami na wybrzeża Francji i każdy mógł głosić, że jego akcja jest tylko słuszną odpłatą, a to przeciwnik zasługuje na miano pirata.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 7:27, 22 Mar 2016    Temat postu:

Aby na podstawie dostępności materiałów źródłowych nie dawać rozmaitym pseudo-historykom (chociaż z dyplomami) okazji do głoszenia bredni o „narodowym” postępowaniu, warto też wspomnieć o praktykach „niewinnych” Kastylijczyków. Nie tylko pustoszyli wybrzeża Kornwalii, rabując miasteczka, paląc domy i zabierając angielskie statki, ale w 1419 r. napadli na neutralną flotyllę hanzeatyckich i niderlandzkich żaglowców handlowych, w ogóle nie handlujących z Anglikami, tylko płynących po sól do Baie, i zdobyli 40 z nich. Chociaż napastnicy należeli do kastylijskiej floty królewskiej, to prawdziwym celem ataku była próba wyeliminowania konkurencji dla hiszpańskich kupców w niezwykle intratnym handlu solą. Prawo odwetu spowodowało, że kiedy poszkodowany w tym ataku hanzeatycki kupiec powetował sobie straty we flandryjskim Swin na galicyjskim holku, Hiszpanie domagali się pokrycia z kolei ich strat przez Flandrię, a kaperska wojna hanzeatycko-kastylijska ciągnęła się do 1443 r.
Król Szwecji w latach 1448-1457, Karol VIII Knutsson, wysyłał przeciwko swoim przeciwnikom kaprów, legalnie wystawiając (jako władca) listy kaperskie. Kiedy go jednak obalono z początkiem 1457 r., osiadł za zgodą Kazimierza Jagiellończyka w Pucku, danym mu w zastaw za pożyczkę udzieloną gdańszczanom. Próbował oczywiście odzyskać władzę i zapowiedział w kwietniu 1457 r. wysłanie znowu swoich kaprów (dysponował kilkoma żaglowcami) na Bałtyk, tym razem z Pucka. Jego szwedzki tron przejął tymczasem król Danii Chrystian I, z którym Gdańsk toczył mniej lub bardziej jawną wojnę, więc z pozoru wszystko było jasne. W rzeczywistości gdańszczanie próbowali właśnie się wywinąć z wojny z Danią, a włączenie się do niej jeszcze Szwedów byłoby dla nich nad wyraz niekorzystne, więc interwencja ex-monarchy szwedzkiego była im bardzo nie na rękę. Nasuwa się jednak pytanie, czy gdyby w latach 1458-1466 kaprzy Knutssona się pojawili (zresztą faktycznie działali, ale raczej z listami kaperskimi od Gdańska), byliby legalnymi kaprami – wysłanymi przez prawowitego (w myśl zasad legitymizmu) władcę, z poparciem innego prawowitego władcy ziemi puckiej, czyli króla Polski – czy też piratami, skoro Szwecja miała już (z woli Szwedów!) innego króla, a Puck „legalnie” wchodził w skład państwa krzyżackiego?!
Powyższych przykładów nie podaję dla dyskutowania o „sprawiedliwości” czy „niesprawiedliwości” poszczególnych poczynań, o ich „słuszności” czy „niesłuszności”, albo epatowania się, kto był gorszy. Rzecz jasna już dawno rozstrzygnięto, że zawsze rację mają „nasi”, albo ci, których lubimy, każdy akt gwałtowny drugiej strony to przestępstwo lub zbrodnia, zaś identyczne postępowanie „naszych” to w najgorszym razie „konieczność polityczna”, a w najlepszym – mądra dalekowzroczność. Czy dotyczy to napadania na cudze ziemie, mordowania jeńców albo ludności cywilnej, przesiedleń itp., taka logika święci triumfy, zwłaszcza dzisiaj. Szkoda na to czasu. Chodziło mi wyłącznie o pokazanie, że pozornie klarowna definicja odróżniająca korsarza (kapra) od pirata, świetnie się sprawdzająca w dobie rozwiniętych, silnych państw ze sprawną administracją centralną i regularnymi marynarkami wojennymi, zdecydowanie nie wystarczała właśnie wtedy, gdy była najbardziej potrzebna.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 7:14, 23 Mar 2016    Temat postu:

Od zaniku łupieskich wypraw wikingów po schyłek XV w. na wodach całej zachodniej i północnej Europy (w tym na Bałtyku) dominowała wojna kaperska. Ale brak chęci (i zapewne możliwości) choćby zarysowania wspólnej dla wszystkich definicji żeglugi neutralnej oraz niestabilność państw (każdy obalony władca, jeśli przeżył, uważał się za legalnie panującego, czyli upoważnionego do wystawiania listów kaperskich; każde miasto Hanzy - czasem nie tylko jej - mogło angażować swoich kaprów; nominalni zwierzchnicy terytoriów wiedli spory i nawet walczyli z własnymi poddanymi, a pojęcie o legalności tych poczynań dramatycznie się różniło między stronami konfliktów) powodowały taki chaos, że niby zaakceptowane przez wszystkich prawa zbyt często pozostawały martwą literą. Dbano o precyzję sformułowań w listach kaperskich. Wiemy np., jak przewidywano podział łupów: w 1438 r. senat Bremy zabierał dla siebie jedną trzecią, kaprom pozostawiając dwie trzecie; gdy w połowie XIV w. w Anglii król postanowił zabierać połowę, jego kaprzy (i piraci!) skwapliwie przenieśli się do Bretanii, gdzie od 1342 r. musieli oddawać tylko jedną trzecią; w Gdańsku i Hamburgu w drugiej połowie XV w. łupami dzielili się (zwykle po połowie) armatorzy i kaprzy, władze miejsce nie partycypowały w zdobyczy; w tym samym czasie próba Lubeki z dzieleniem łupów po połowie między radę miejską dostarczającą statków i mieszczan zapewniających wyposażenie, z pominięciem udziału załogi, zakończyła się fiaskiem. Lecz dbałość o listy kaperskie i instrukcje dla korsarzy nie miała większego znaczenia, gdy te same władze, które je wystawiały, często nie respektowały listów kaperskich przeciwnika. Przestrzeganiu prawnych aspektów nie sprzyjało też ani postępowanie kaprów, bez skrupułów zmieniających się w każdych sprzyjających okolicznościach w piratów, ani okrucieństwo okazywane wrogom (prowadzące do mordowania niewinnych i palenia osad nie mających żadnego związku z prowadzonymi działaniami), ani ogólna atmosfera konkurowania handlowego na morzach, gdzie nawet władcy zwalczający innych piratów nie gardzili pirackimi napadami przy nadarzających się okazjach. Prawo do brania odwetu na rodakach „pirata” prowadziło do nieprawdopodobnej spirali gwałtów, oskarżeń i kontroskarżeń, bez szans uczciwego wskazania, kto naprawdę nie tylko miał list kaperski, ale i rzeczywiście działał tylko jak korsarz (kaper), a nie pirat.

A mimo tego, samego faktu istnienia prawnej różnicy między kaprem a piratem nie kwestionowano. Piraci mogli być w czasie wojny zatrudniani jako kaprzy, jednak po zawarciu pokoju ich działalności oficjalnie nie tolerowano. Tymczasem wspomniałem wcześniej o angielskich rajcach, burmistrzach i parlamentarzystach trudniących się korsarstwem. Ze stanowisk lądowych wynika, że byli bardzo szanowani przez społeczności, w których mieszkali, nawet jeśli odległy król miał czasem poważne wątpliwości co do ich poczynań. Słynny gdański rozbójnik Pawel Beneke po akcji, którą cały ówczesny świat (poza nim samym i przedstawicielami Gdańska, rzecz jasna) uznał za piracką, żył w swoim mieście otoczony powszechnym szacunkiem, kupił tu dom i ożenił się z bogatą mieszczką. Czasem kaprzy tak jak piraci kładli głowę pod topór katowski, ale w ich przypadku wybuchała wielka wrzawa i pojawiały się ostre protesty, podczas gdy po ścinaniu Braci Witalijskich czy piratów zachodniej Europy wysyłano listy gratulacyjne.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 7:52, 24 Mar 2016    Temat postu:

Kolejny problem z realnym odróżnianiem prawnym między kaprem a piratem pojawił się pod koniec XVI w., gdy świeżo zbudowane imperium hiszpańskie zaczęło nieco pękać w szwach, a inne narody europejskie miały wielką ochotę uszczknąć jak najwięcej dla siebie z tego rozległego świata podzielonego przez papieża między Hiszpanię i Portugalię. Występowali oczywiście pospolici piraci, jednak coraz częściej działaniami przeciwko Hiszpanom i Portugalczykom parali się szanowani dżentelmeni, ze wzrastającym i coraz jawniejszym poparciem swoich władców.
Nie brakowało, rzecz jasna, powtarzania się starych problemów ze zmianami władzy i powstaniami. Kiedy Holendrzy zbuntowali się przeciwko Hiszpanii i utworzyli niepodległe państwo, wielką rolę w ich zwycięstwie odegrali kaprzy. Ale Hiszpanie jeszcze przez kilkadziesiąt lat nie chcieli uznać Zjednoczonych Prowincji, więc obywateli Republiki uważali za zbuntowanych poddanych Jego Arcykatolickiej Mości. Zatem dla nich holenderskie listy kaperskie nie były legalne.
Jednak tutaj chodzi mi o nowe zjawisko. Państwa europejskie, czy to pozostające w obozie antypapieskim (jak Anglia, Holandia) czy jak najbardziej katolickie (Francja), były oburzone arbitralnym pozbawieniem ich możliwości partycypowania w kolonizacji świata. Zdecydowanie nie zamierzały z niej zrezygnować, jednak brakowało im sił i determinacji (przynajmniej na razie), by z tego powodu toczyć jawne wojny z Hiszpanią, Portugalią lub papiestwem. Nie widziano też w tym większego sensu, skoro dało się drobnymi kroczkami prowadzić politykę faktów dokonanych. Kupcy europejscy pojawiali się więc nielegalnie w zamorskich dominiach państw Półwyspu Iberyjskiego i łamali tamtejszy monopol handlowy (głównie na dostawę z Afryki czarnych niewolników), omijali cła, dokonywali drobnych prób osiedleńczych (na ogół na wyspach). Oczywiście spotykali się z represjami władz hiszpańskich (szczególnie okrutnymi, wręcz sadystyczno-barbarzyńskimi w odniesieniu do „heretyków”), więc spirala wzajemnej wrogości się nakręcała. Mimo braku stanu formalnej wojny, trupy padały po obu stronach. Hiszpanie snuli też intrygi w konkurencyjnych państwach, nasyłając morderców na wrogich im przywódców lub starając się obalić ich w inny sposób. Na tym tle pojawili się tacy ludzie jak Hawkinsowie, Drake, Frobisher i wielu innych, którzy w sprzyjających okolicznościach atakowali hiszpańskie i portugalskie posiadłości oraz statki, często z pełną aprobatą rządzących. Czy więc w latach bezpośrednio poprzedzających oficjalne wypowiedzenie wojny między Anglią a Hiszpanią Francis Drake (wybieram go tylko dla przykładu, problem był ogólny) powinien być uważany za pirata, skoro nie miał listu kaperskiego i napadał na poddanych państwa, z którym jego własne pozostawało formalnie na stopie pokojowej? Hiszpanie wtedy nie mieli żadnych wątpliwości i większość hiszpańskich historyków nie ma ich do dzisiaj – to pirat. Jednak czy na pewno? Miał (przynajmniej w późniejszym okresie) pełne poparcie własnej królowej, która partycypowała w łupach, i wyruszył z jej błogosławieństwem. Cieszył się szacunkiem współobywateli, mieszkał w typowym dla tamtych czasów społeczeństwie o silnej władzy centralnej, w normalnym państwie europejskim. Nie popełniał żadnych zbrodni, a nawet starał się popisywać przed Hiszpanami wielkodusznością. Spełniał więc prawie wszystkie warunki bycia korsarzem – czy jednak brak jednego z nich, bardzo ważnego, i tak przekreśla możliwość przypisania go do tej grupy? Wydawałoby się, że tak, ponieważ jak można zgodnie z prawem atakować obywateli obcego państwa w czasie pokoju? Ale okazuje się, że pokrętni prawnicy tamtej epoki wymyślili sobie bardzo ciekawe pojęcie stanu „prowadzącego do wojny”. Państwa, które miały ze sobą na pieńku, pozwalały swoim obywatelom dokonywać „represji” na oczekiwanym przyszłym przeciwniku w ramach „dążenia do rekompensaty za krzywdy narodowe”. W teorii, ten quasi-wojenny stan miał dać wrogowi czas na „opamiętanie się” i zmianę postępowania, aby nie doszło do otwartej wojny. Jak łatwo zgadnąć, w rzeczywistości prowadził niemal zawsze do kontr-represji i w szybkim tempie do formalnych działań wojennych. Jednak dla zagadnień kaperstwa miał duże znaczenie. Francis Drake wyruszający pod patronatem królowej na Morza Południowe, by łupiąc Hiszpanów odpłacać im za „krzywdy”, jakie król Filip wyrządzał Anglii, a w szczególności jej władczyni, działał w ramach stanu „prowadzącego do wojny”, był więc – przynajmniej w oczach Anglików – pełnoprawnym kaprem.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 6:52, 25 Mar 2016    Temat postu:

Wiek XVII przyniósł ogromne rozplenienie się piractwa w Indiach Zachodnich. Prawdziwie złotym okresem była dla nich druga połowa tego stulecia. Nagminne wojny w Europie połączone ze zmianami sojuszy powodowały, że bardzo często znajdowały się rządy, którym ich wyczyny były akurat na rękę. Dochodziło nawet do wystawiania formalnych listów kaperskich. Niezależnie jednak od tego, że – jak dawniej – wyposażeni w nie korsarze nieraz przeistaczali się bez problemów i straty czasu w piratów, nadal były to pojęcia prawnie odrębne. Na tym tle nadużyciem i fałszem jest nazywanie części piratów - atakujących (z własnego wyboru) tylko Hiszpanów - kaprami lub korsarzami. Nawet jeśli oni sami za takich się uważali i nawet jeżeli państwa europejskie, poza Hiszpanią, z satysfakcją patrzyły na hiszpańskie straty. Oni działali na własną rękę. Nie mieli oficjalnych upoważnień ani formalnych zachęt ze strony władców. Nie dzielili się łupami z żadnym organizmem upoważnionym do kontroli działalności korsarskiej. Nie kierowali się jakimikolwiek prawami poza tymi, które sami sobie ustanowili. Wielokierunkowo zorganizowane, szerokie społeczności nie były normalnym miejscem ich zamieszkania, tylko co najwyżej celem napadów. Fakt, że w jakimś okresie praktykowane przez nich rozbójnictwo mogło być, jeśli sami zechcieli, ukierunkowane narodowo, nie zmieniał w niczym ich statusu piratów.

Inaczej przedstawiała się sprawa z rozbójniczą działalnością mieszkańców północnej Afryki, rozwijającą się już wcześniej i blisko półtora wieku po zniknięciu wielkich grup pirackich z Indii Zachodnich. Piractwo było w tym rejonie co najmniej ubocznym zajęciem „od zawsze”. Mnie chodzi jednak o czasy po opanowaniu północnej Afryki przez wyznawców Allacha i wiążące się z tym reperkusje prawno-terminologiczne. Nie był to teren jednolity i dzielił się na państwa o skomplikowanej strukturze władzy i podległości. W złożonym świecie sułtanów, pasz, bejów, chalifów, marabutów, kadich, emirów, janczarów, mameluków, mocno odległym od rozwiązań europejskich, ośrodki rozkazodawcze zmieniały się bardzo często i w sposób niekoniecznie zgodny z ustaloną hierarchią czy kolejnością dziedziczenia. Indywidualna siła rozmaitych dostojników oraz liczebność ich popleczników bardziej decydowały o rzeczywistym panowaniu nad określonym terytorium niż teoretyczne prawa do niego lub formalne więzy. Występowało też silne zróżnicowanie etniczne (np. Berberowie, Arabowie, Turcy, Egipcjanie) oraz ważne więzy plemienne. W Maroku rządził teoretycznie sułtan, ale do połowy XVIII w. był właściwie zakładnikiem murzyńskiej armii, na której musiał się opierać przeciwko arabsko-berberyjskiej większości, z której sam pochodził. Wiele plemion berberyjskich, zwłaszcza w wysokich górach, utrzymywało albo okresami zyskiwało stan prawie pełnej niezależności, także silni paszowie (wysocy dostojnicy wojskowi i cywilni) rozmaitych okręgów prowadzili własną politykę, nie uciekając od wojen z sułtanem. Reszta Afryki północnej, od Egiptu po Algierię, dostała się przed połową XVI w. pod zwierzchność Turcji osmańskiej. Podboje następowały stopniowo, a ponieważ dotyczyły państw rządzonych już przez muzułmanów, jak podbijający ich Turcy, ale silnie zróżnicowanych (niby ziemie te zostały wieki wcześniej opanowane przez Arabów, jednak mamelucki Egipt był zupełnie innym tworem niż Algier czy Tunis), ostateczny efekt był rozmaity i zmienny.
Dla legalności wysłania korsarza konieczne było, aby dokonywał tego uznany podmiot państwowy lub działający na prawach niezależnego państwa. Co to jednak miałoby znaczyć w przypadku tureckich prowincji w Afryce Północnej? Czy za każdym razem potrzebna była specjalna, indywidualna deklaracja sułtana w Stambule, jego wielkiego wezyra lub innego uprawnionego urzędnika? Wiemy, że takie przypadki występowały, ale czy to było konieczne? Przecież miasta Hanzy podlegały formalnie cesarzowi tego dość dziwnego tworu zwanego Świętym Cesarstwem Rzymskim (Narodu Niemieckiego), a uważały się za uprawnione (i właściwie nikt tego nie kwestionował) do wystawiania listów kaperskich, na dodatek każde z osobna. Miasta pruskie po zadeklarowaniu oddania się pod władzę króla polskiego (w lutym 1454) z czasem zaczęły dodawać formułkę informującą o wysyłaniu kaprów na rozkaz króla Kazimierza, ale czyniły tak właściwie na własne życzenie, a ich listy kaperskie sprzed 1460 r. nie były przez jej brak mniej ważne. Jeśli zatem rozbójników morskich wysyłał taki bej Tunezji, dej Algierii lub pasza Egiptu, który chwilowo nie dbał o rozkazy ze Stambułu paraliżowanego okresowo przewrotami pałacowymi, to byli oni korsarzami czy piratami?
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 6:53, 26 Mar 2016    Temat postu:

Oczywiście wszyscy Europejczycy uważali ich za piratów, a dzisiaj poprawność polityczna każe z kolei pisać wyłącznie o korsarzach, ale jak na to należałoby spojrzeć z formalnego punktu widzenia? Gdańsk za zbuntowanie się przeciwko Krzyżakom został obłożony przez cesarza banicją, a mimo tego żaden polski historyk nie napisze, że posiadacze listów kaperskich wystawianych przez to miasto do walki z Zakonem i jego sprzymierzeńcami (przede wszystkim Danią i Gerdem Oldenburskim) byli – w myśl prawa – piratami. Na dodatek, jeśli szyprowie ci nie postępowali jak piraci, byli niemal zawsze uważani za kaprów przez wszystkie strony konfliktu, łącznie z Krzyżakami. Z drugiej strony, europejskie rozumienie prawa zakładało konieczność istnienia stanu wojny lub w ostateczności stanu prowadzenia represji między konkretnymi podmiotami terytorialnymi. Tymczasem muzułmańskim rozbójnikom z Afryki północnej świadomość prowadzenia wojny z konkretnym państwem przez całe imperium osmańskie lub poszczególne jego prowincje, była na ogół całkowicie obojętna. Ponadto dejowie i bejowie mieli zwyczaj zawierać – za okup lub pod groźbą – pokój z krajem dość na to bogatym lub dość silnym, a potem nie przestrzegać warunków układu. Najczęściej nie mieli też wielkiego wyboru, ponieważ dla tureckiej warstwy zwierzchniej i armii złożonej na ogół z renegatów (których było pełno również wśród rozbójników morskich) i tureckich najemników podstawą egzystencji i siły było korsarstwo/piractwo oraz wynikający z nich stały dopływ rzesz niewolników, sprzedawanych na rynki całego świata islamskiego. Przywódcy silnych konfederacji plemiennych mogli być mniej zainteresowani morzem, ale i dla nich zubożenie skarbu władz centralnych oznaczało wzrost podatków nakładanych na zwykłą ludność, i tak już bardzo obciążoną składkami i dotacjami na rzecz konfrerii marabuckich. Z tym wszystkim mieszało się pojęcie dżihadu – nieustającej wojny świętej z „niewiernymi”, która stanowiła podstawę zajęcia Algierii i Tunezji przez Turków i jedyne usprawiedliwienie ich późniejszych rządów nad arabsko-berberyjską większością, zwłaszcza gdy w 1792 r. odbicie Oranu z rąk hiszpańskich oznaczało wyparcie z Maghrebu (poza Marokiem) ostatnich chrześcijan. Załóżmy zatem sytuację, w której Turcja osmańska chwilowo nie prowadzi otwartej wojny z żadnym państwem europejskim, a więc nie ma podstaw do udzielania swoim przedstawicielom w Afryce północnej zgody na wysyłanie korsarzy. Lecz dla deja Algieru i beja Tunisu działalność antychrześcijańska na morzu stanowi podstawę nie tylko dochodów, ale wręcz życia w dosłownym tego słowa znaczeniu (zmiana zasiadającego na stołku przez duszenie poprzednika, kiedy nie spełniał postulatów lokalnej grupy trzymającej go u władzy, była niezwykle modna). Jeśli więc taki dostojnik patronuje działaniu lokalnych piratów pod hasłem wojny świętej (a jej nie potrzeba ogłaszać, jest permanentna!), czy stają się oni przez to korsarzami? Czy w końcu, w myśl europejskich kryteriów, korsarz sprzedający swoich jeńców jako niewolników oraz atakujący PRZEDE WSZYSTKIM ludność cywilną, zamieszkującą wybrzeża, zasługuje na traktowanie go jak kombatanta? Ówcześni Europejczycy nie zakładali jeszcze sami na siebie kajdan poprawności politycznej (a przynajmniej nie w kategoriach prawa), więc nie mieli co do tego wątpliwości – schwytanych korsarzy czy piratów północnoafrykańskich też zamieniali w niewolników i na ogół wszystkich nazywali piratami. Jeśli jednak spojrzeć na to z przeciwnej strony, która miała odrębną kulturę, własne tradycje prowadzenia wojen i swoją terminologię, a ponadto żadnego powodu (poza siłą) do przyjmowania europejskich definicji, sprawa nie wygląda już tak prosto. Zresztą przez większą część swojego operowania na Morzu Śródziemnym, dostojni i ultra-katoliccy kawalerowie rodyjscy, maltańscy, też prowadzili permanentną „świętą wojnę” przeciwko islamowi, także zazwyczaj nękali bezbronnych kupców, pielgrzymów i ludność wybrzeży, również nie przejmowali się tym, czy jakieś państwo europejskie jest akurat w stanie wojny z Turcją i autoryzuje ich poczynania, a przecież prawie nikt w Europie nie uważał tych rycerzy za piratów. Bycie kawalerem maltańskim oznaczało zaszczyt, o który ubiegali się członkowie rodów szlacheckich i arystokratycznych, znajdujących się na przeciwnym biegunie hierarchii społecznej względem zachodnioindyjskich piratów. Jakiej terminologii należałoby więc używać dzisiaj, w rzetelnych opracowaniach historycznych, a nie politycznych?
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kgerlach
Administrator



Dołączył: 20 Lip 2010
Posty: 3934
Przeczytał: 3 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 13:38, 27 Mar 2016    Temat postu:

Co prawda i w Afryce północnej trafiali się niemal bezdyskusyjni piraci, jeśli akurat ich działalność była chwilowo nie na rękę lokalnym władcom i nawet przez nich zwalczana. Moryskowie wypchnięci przez Hiszpanów z Andaluzji stworzyli w 1617 r. w Rabacie (Nowe Sale) prawdziwe gniazdo rozbójników morskich. Byli bardzo groźni, prężni i bogaci, sięgając daleko na Atlantyk oraz wody europejskie. Nie mieli za sobą autorytetu władzy państwowej i nie zważali na okresy pokoju czy wojny, więc można ich uważać za piratów – z drugiej strony w pierwszej połowie XVII w. oraz w okresie 1727-1755 Sale rządziło się samodzielnie, miało radę i wybieralnego gubernatora, a dżihad dostarczał usprawiedliwienia dla prowadzenia wojny przeciwko chrześcijanom, więc właściwie czym oni się różnili od kaprów wysyłanych wcześniej np. przez Lubekę, Hamburg lub Gdańsk? Jednak czasem sułtani Maroka sami ich zwalczali, aby zwiększyć dochody swojego skarbu. Okresowo byli więc – zanim nie zostali podporządkowani rządowi centralnemu – piratami nie tolerowanymi przez władze terytorium, z którego wyruszali na rozbójnicze wyprawy, a po poskromieniu - już całkiem legalnymi korsarzami, jak za Mulaj Ismaila (panował 1672-1727), któremu musieli oddawać bardzo pokaźną część łupów. Nieustanna walka o tron marokański w latach 1727-1757 znowu dała mieszkańcom Sale i Rabatu faktyczną niezależność, a wraz z nią ten problematyczny status piratów czy korsarzy. Po odrodzeniu jedności Maroka ostatecznie przekształcili się w państwowych korsarzy (sułtan zabierał im 60 procent łupów!), cokolwiek by na ten temat nie sądzili kupcy i marynarze z atakowanych przez nich żaglowców państw europejskich, które z Marokiem bynajmniej wojny nie chciały toczyć.
Za piratów można raczej uznać morskich rozbójników algierskich z XIX w. Korzystając z poszarpania tradycyjnych więzi europejskich przez Napoleona i skupienia się mocarstw na walkach między sobą, napadali bowiem każdego, kto się nawinął, w tym nawet poddanych suwerena Algieru, czyli osmańskiej Turcji! Co prawda z taką klasyfikacją kłócił się system organizacyjny floty algierskiej (której marynarze już od końca XVIII w. dostawali stały żołd, jak w wojennych marynarkach państwowych) i fakt stałego popierania przez deja.

Podobne, chociaż jeszcze bardziej złożone problemy prawno-terminologiczne wiążą się z ekspansją kolonialną Europejczyków w Azji. Pojawili się tu w XVI w., kiedy na miejscowych wodach od dawna rozwijała się pokojowa żegluga, niepokojona przez lokalnych piratów, czasami występujących w postaci całych plemion, dla których było to tradycyjne, uświęcone zwyczajem i jak najbardziej godne pochwały (jak w homeryckiej Grecji) zajęcie. Portugalczycy, potem Hiszpanie, Holendrzy, Anglicy, Francuzi, przywozili do tego rejonu marne towary, zachwycające może Indian amerykańskich na Manhattanie lub w Patagonii albo Polinezyjczyków na wyspach Oceanii, lecz żałośnie nędzne na tle indyjskich jedwabi czy chińskiej porcelany, i wymuszali na miejscowych oddawanie bogactw Wschodu. Chociaż więc wypływali z Europy w pełnym majestacie prawa, błogosławieni przez chrześcijańskich władców i papieża, często nawet jako żeglarze eskadr państwowych, a nie korsarze (chociaż i tacy byli), to Azjaci widzieli w nich tylko brutalnych, podstępnych i łamiących wszelkie prawa piratów. Postawieni jednak wobec technicznej przewagi europejskiej i bardziej zdeterminowanych oraz lepszych żołnierzy, miejscowi władcy z czasem prawie wszędzie musieli kapitulować. Europejczycy zakładając tu enklawy, a potem rozrastające się kolonie, wprowadzali wraz z nimi swoje prawa, w tym własne pojmowanie reguł prowadzenia wojen morskich. Anglicy, stopniowo podbijając Indie, uważali oczywiście wszystkich ludzi atakujących ich żaglowce wschodnioindyjskie (poza korsarzami wysyłanymi przez USA lub państwo europejskie, jeśli Wielka Brytania była z nim akurat w stanie wojny) za piratów.
CDN.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.timberships.fora.pl Strona Główna -> Okręty wiosłowe, żaglowe i parowo-żaglowe / Artykuły tematyczne Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin